March 27, 2015

Nauka języków obcych z przymrużeniem oka ;-)

Bardzo często dostaję od Was pytania dotyczące nauki języków obcych. Jak, po co, dlaczego, ale przecież już jestem za stara i się nie da.. uczyłam się danego języka w szkole i już go zapomniałam... Dlatego postanowiłam dzisiaj odbiec trochę od tematyki bloga i podzielić się z Wami moimi przemyśleniami. Kim jestem? Językoznawcą (teraz poprawnie mówi się językoznawczynią;-)), która szczególnie upodobała sobie zagadnienia psycholingwistyki. Choć moje zainteresowania skupiają się bardziej na akwizycji pierwszego języka, na temat drugiego też coś wiem, dodatkowo aktualnie nauczam dwóch języków, więc może nie do końca to będzie wpis typu 'nie znam się, to się wypowiem!', których ostatnio pełno na blogach, szczególnie dotyczących pielęgnacji ;-)))

Usystematyzuj wiedzę z języka ojczystego. Często słyszę pytania po co, dlaczego.. Mówi się, że osoby, które nie posługują się poprawnie językiem ojczystym, nigdy nie nauczą się używać bezbłędnie języka obcego.. To zjawisko bardzo dobrze widać na blogach:-) Przypomnij zasady gramatyki, ortografii. Nie stawiaj przecinków w, ;-) niewłaściwym miejscu.

Używaj słowników papierowych. Po pierwsze - gdy szukasz jakiegoś słowa, cały czas je sobie literujesz w głowie, przez co je zapamiętujesz. Druga rzecz to fakt, że słowniki internetowe to źródła otwarte. Przeważnie nie mają autora i są cały czas edytowane. Z racji zawodu często po nie sięgam (bo tak jest szybciej;) i wciąż znajduję w nich jakieś błędy. Jeżeli wolisz słowniki elektroniczne, wybieraj te jednojęzyczne, które podają także kontekst użycia danego słowa.

Czytaj, czytaj, czytaj. Ale nie Internet;) Kiedyś byłam najlepsza z ortografii w swojej szkole. Wygrywałam wszystkie konkursy a potem przyszedł Internet;) Nadal się bardzo staram i podejrzewam, obserwując przeróżne media społecznościowe, że jestem jedną z niewielu osób, która nadal sprawdza w słowniku pisownię wyrazów, których nie jestem pewna. Wiem, że teraz to jest niemodne;) bo liczy się czas, ale mi po prostu byłoby wstyd wysłać coś z błędem. Oczywiście nadal mi się to zdarza:-))

Zmień swoje myślenie. Przestań się szufladkować. Bardzo często słyszę narzekania ludzi typu nie jestem humanistą, więc się nie nauczę żadnego języka obcego. Ja też nie jestem;) Skończyłam profil mat-fiz-inf a moje pierwsze studia nauczyły mnie jak używać matematyki w języku. Gramatyka to czysta matematyka, więc każdy tutaj ma równe szanse :-)

Systematyczna nauka. Codziennie chociaż przez 15 minut powtarzaj sobie to, czego się już nauczyłeś. Podziękujesz mi później :-)

Znajdź swój idealny sposób na naukę. Lubisz fiszki? Zrób je. Wolisz się uczyć ze słownika? Ucz się! A może słownik obrazkowy? Albo aplikacje mobilne? A może tradycyjny podręcznik?

ja jestem leniwa, więc fiszki kupuję;)


Już na początku swojej nauki zacznij oglądać filmy w danym języku i czytaj książki (chociażby te dla dzieci;). Im szybciej się osłuchasz z danym językiem i się z nim oswoisz, tym lepiej. Skąd brać filmy w egzotycznych językach? Jeżeli uczysz się języków azjatyckich, mogę Ci podesłać kilka stron a dla reszty.. YouTube ;-)

Słuchaj nagrań do książek, które przeważnie są trochę wolniejsze i powtarzaj zdanie po zdaniu.

Ucz się na pamięć prostych dialogów ;-) Wiem, że to się wydaje dziwne, ale szybko zrozumiesz, że bardziej skomplikowane zdanie są budowane na tych najprostszych, więc daleko nie zajdziesz, jeżeli nie pojmiesz podstaw. Z mojego doświadczenia mogę powiedzieć, że osoby, które na początku nauki uczyły się na pamięć dialogów, w późniejszych latach miały mniej problemów z gramatyką, niż osoby, które tego nie robiły.

Nie bój się mówić. Pamiętaj, że 90% osób chce po prostu wiedzieć, co do nich mówisz. Nie chce być Twoim nauczycielem i Cię poprawiać. Zastanów się ile razy dziennie słyszysz Polaka, który mówi niepoprawnie po polsku ;-) Mam jednego wykładowcę, który z uporem maniaka powtarza wdwutysiecznymczternastym. Czasami mam ochotę wysłać mu anonima z poprawnym sformułowaniem ;-). Pamiętaj, że znajomość języka bierna (czyli rozumienie odbieranego komunikatu) przychodzi szybciej, niż znajomość czynna (czyli tworzenie komunikatu).

Nie poprawiaj innych, chyba, że Cię o to poproszą. Nie ma nic gorszego niż (przeważnie) Twój rodak, który chce zasłynąć idealną znajomością jakiegoś języka. Ja należę do osób, które się nie odezwą, jeżeli nie mają przynajmniej 70% pewności, że dane zdanie będzie poprawne. Mieszkając za granicą, zdarzyło mi się kilka razy, że pewna Polka mnie poprawiła. Jak pisałam kiedyś w 30 faktach o mnie, jestem kompulsywnym researcherem, więc od razy po przyjściu do domu sprawdzałam swój błąd. I okazało się, że to ja miałam rację. Za każdym razem.

Kontrowersyjna sprawa. Wymowa. Są dwie szkoły - niektórzy uważają, że najważniejszy jest sam przekaz a inni, że owszem jest on ważny, ale nie możemy zapominać o prawidłowej wymowie. W przypadku języka europejskiego moim uczniom stawiam na dowolność. Dla mnie najważniejsza jest jako taka poprawność gramatyczna i to, że pojedziesz do danego kraju i dostaniesz to, czego będziesz chciał. W przypadku języka chińskiego nie jest to takie proste, bo to język tonalny, więc jeżeli nie skupisz się na wymowie to możesz powiedzieć, że chcesz kogoś pocałować, zamiast go o coś zapytać ;-) Tutaj na pomoc przychodzą nam gesty. 70% cudzoziemców pokazuje rękami o który ton im chodziło, co z dystansu wygląda jak zwykła gestykulacja. Drugi sposób to kiwanie głową. Wiem, że część sinologów, którzy akurat z tonami nie mają problemu, patrzą na osoby 'kiwające głowami' z politowaniem, więc to kwestia preferencji.

Napisałam, że wymowa nie jest najważniejsza, ale nadal jest bardzo ważna. Najlepszym sposobem byłoby nauczenie się międzynarodowego zapisu fonetycznego, który to ułatwiłby nam wszystko. Większość słowników internetowych i papierów ma w nawiasie taki zapis. Tutaj znowu możemy ułatwić sobie życie słuchając nagrań i po prostu powtarzając. Ale trzeba naprawdę powtarzać, powtarzać, powtarzać. Ja myślałam, że nigdy nie nauczę się duńskiego zwarcia krtani a tony w chińskim to już zupełnie czarna magia. Tutaj po prostu musiałam powtarzać. Codziennie. Śpiewałam sobie w głowie chińskie i tajwańskie piosenki. Oglądałam seriale. I to pomogło.

Nie rób kalek językowych. Jeżeli się zastanowicie to bardzo szybko zauważycie, język angielski, który jest traktowany jako swoista lingua franca (język, służący do komunikacji różnojęzycznych grup ludzi), jest odzwierciedleniem innych języków. Przez kalki możecie poznawać inne struktury gramatyczne;-) Oczywiście nikt normalny, kto się nie pasjonuje lingwistyką w szerokim ujęciu, nie będzie analizował, dlaczego któryś z kolei poznany Hiszpan w trakcie parominutowej rozmowy używa sformułowania more or less, czyli coś musi być na rzeczy i ja to koniecznie muszę sprawdzić;-)
Jak się pozbyć kalek? Znowu, przebywanie wśród native'ów, oczywiście to nie zawsze możliwe, dlatego słuchanie radia, czytanie książek, gazet, blogów, oglądanie filmów i seriali. Dzięki temu metodą korpusową dowiecie się w jakim znaczeniu używa się danego słowa, sformułowania i jak powinno ono prawidłowo wyglądać.

Moje ulubione słowniki obrazkowe :-) Mam ich jeszcze kilka, ale tych używam najczęściej.


Ta sama strona w pięciu językach :-)




A Wy jak się uczycie języków? A może Was coś szczególnie drażni?

Mnie trochę irytuje używanie obcych słów, których odpowiedniki są w języku polskim. Nie jestem jakąś wielką purystką, sama użyłam kilka takich słów powyższym tekście, ale mnie to drażni, szczególnie w mowie;)





March 22, 2015

Marc Jacobs Le Marc kremowa szminka w kolorze 216 Kiss Kiss Bang Bang

Kosmetyki Marc Jacobs są dostępne w Polsce od dwóch tygodni :-) Osoby ze złotą kartą Sephory mogły już w pierwszym tygodniu poczynić zakupy. W zeszłym kolekcja dotarła do sklepów stacjonarnych. Na szczęście tym razem dostępna jest prawie we wszystkich miastach (w Poznaniu w czterech Sephorach:), więc już nie muszę marudzić, że znowu tylko Warszawa... :-))




Jak pamiętacie (albo i nie:-) miałam już dwa produkty Marcja Jacobsa - korektor klik i kredkę do oczu klik, z których byłam bardzo zadowolona, jednak najbardziej kusił mnie podkład, na którego temat znalazłam bardzo skrajne recenzje. Występuje w 10 odcieniach a wśród nich znalazłam jeden dla siebie, więc wzięłam jego próbkę. Kolejny produkt, który przykuł moją uwagę, to podkład w formie prasowanej. Na początku myślałam, że to puder, jednak po przeczytaniu kilku recenzji okazało się, że ma on bardzo lekkie krycie, więc większość osób właśnie nakłada go na podkład w formie płynnej. Błyszczyków nie oglądałam, bo mam jeden i nie podoba mi się jego zapach. Przypomina mi zepsute landrynki;)

Przyszłam do Sephory z myślą kupienia szminki. Dzień wcześniej w Internecie znalazłam kilkanaście swatchy szminek z nowej kolekcji nudes. Wybrałam sobie nawet jeden kolor, ale na żywo wszystkie okazały się bardzo nude;) Aż za bardzo dla mnie - mam naturalnie ciemnie usta i wszystkie szminki nude wyglądają na mnie okropnie. A raczej ja w nich okropnie wyglądam:-) Sprawdziłam na ręce prawie wszystkie odcienie szminek z serii lip creme i okazało się, że wszystkie 'próbniki', które pokazują ich kolory, są przekłamane. Szminki są niesamowicie napigmentowane i bardzo ciemne.


Mocno napigmentowany mauve (nadal nie wiem jak określić ten kolor po polsku). Jest on bardziej różowy niż brązowy, przez co nie podkreśla żółtych zębów. Opakowanie czarne, lekkie, plastikowe. Bardzo eleganckie z magnesowym zamknięciem. Bardzo kremowa aplikacja, nie radziłabym nakładania jej bez konturówki. Ja dobrałam sobie tę z Sephory o numerze 15 royal rose. Pełne krycie osiągniemy już po jednej cieniutkiej warstwie. Wykończenie określiłabym jako satynowe, podobnie jak w przypadku moich ulubionych szminek NARS Audacious. Niestety dla nich;), okazało się, że MJ Kiss Kiss Bang Bang nie wysusza ust, nawet ich delikatnie nie podsusza! Do tego lepiej się ją aplikuje, schodzi z ust równomiernie i nie rozmazuje się w trakcie mówienia czy też jedzenia. Wytrzymuje 5 godzin na ustach z piciem i jedzeniem. Dodatkowo mam wrażenie, że duet Kiss Kiss Bang Bang + konturówka z Sephory sprawiają, że moje usta wydają się większe. Moja mama jest osobą, która nigdy w życiu nie powiedziałaby komuś komplementu, jeśli ten nie byłby prawdą, a jak mnie zobaczyła, zażyczyła sobie, żebym ją tak samo umalowała :-)


Minusy?

Kolory. Wszystkie są świetnie napigmentowane i bardzo ciemne. To jedyna szminka, która według mnie nadaje się na dzień dla osoby, która nie lubi brązów. Róże są piękne. I bardzo ciemne. Drogi MJ, proszę o wprowadzeniu trochę jaśniejszych kolorów tych szminek, ale bez zmiany ich formuły.


Wiem, że bardzo często to piszę, szczególnie jeśli chodzi o szminki;) ale jestem nią bardzo bardzo bardzo bardzo zachwycona. Noszę ją non stop. Przepraszam Nars Audacious, musicie ustąpić miejsca szminkom MJ ;-)





March 19, 2015

Serical Crema al Latte mleczna maska do włosów

Mleczną maskę Kallos Serical Crema al Latte kupiłam kilka tygodni temu zachęcona jej pozytywnymi recenzjami. Potrzebowałam czegoś tańszego, co odżywiłoby moje włosy. Nie mam z nimi jakichś wielkich problemów - nie są przesuszone ale za to się puszą. Skusiła mnie przede wszystkim jej cena - 30 zł za 1000ml produktu.



Maska ma dość intensywny zapach. Mi przypomina mleczne cukierki :-) Dla wrażliwszych - po wysuszeniu włosów prawie go nie czuć:) Należy nałożyć jej bardzo mało (raz nałożyło mi się jej za dużo, po wysuszeniu włosy były oklapnięte). Jest baaaaaaaardzo wydajna. Używam jej od prawie ośmiu tygodniu a nie dotarłam jeszcze do połowy opakowania. Maska (gdy nałożona w małej ilości) zupełnie nie obciąża włosów, więc ja ją stosuję 2 razy w tygodniu. Efekt? Moje włosy są bardzo dobrze odżywione, podkreślony jest ich naturalny skręt a puszenie jest częściowo okiełznane. Do tego bardzo ładnie się błyszczą :-)

Minusy?

Opakowanie! Z jednej strony jest świetne, bo możemy z wielkiego słoja bez problemu wydoybyć pożądaną ilość produktu, z drugiej strony jest on dosyć ciężki i ciężko go się chwyta mokrymi rękami. Również ciężko go takowymi zakręcić :-)
Do tego ten zapach jest trochę chemiczny :-)

Nie powiedziałabym, że to najlepsza maska do włosów, którą do tej pory stosowałam, ale zważając na jej cenę, jestem bardzo z niej zadowolona i po jej skończeniu (co nie będzie szybkie;) chętnie wypróbuję inne maski z tej firmy.

Nieśmiało przypominam o mini rozdaniu w poprzednim poście klik :-)

March 16, 2015

Pomarańczowa pianka do mycia Organique + mini rozdanie

Jakiś czas temu wybrałam się do sklepu Organique, żeby wreszcie zobaczyć na żywo ich słynny peeling enzymatyczny. Okazało się, że w składzie ma białą glinkę, której moja cera nie znosi, więc dostałam do przetestowania próbkę.


Dosyć często ulegam modom blogowym, na szczęście tylko tym tańszym :-) Tak jak kompletnie nie ruszają mnie jakieś swatche droższych kosmetyków (tutaj raczej sama sobie coś upatrzę jeszcze zanim wejdzie to do Polski:), to w przypadku tych tańszych prawie codziennie dopisuję sobie coś do chciejlisty. Tak było ze słynną odżywką do włosów Isana (w końcu ją znalazłam!) i tak samo było z piankami do mycia ciała z Organique. Po raz kolejny zdecydowałam się powąchać wszystkie a mój wybór padł na pomarańczową, bo pachnie najmniej sztucznie :-)


Opakowanie typowe dla Organique plastikowe z blaszaną nakrętką. Kupiłam mniejszą wersję 100 ml, bo nie wiedziałam, czy mi się nie znudzi :-) Pachnie trochę sztucznie, ale da się przeżyć. Konsystencja to dla mnie raczej mus, pianką bym jej nie nazwała. Nabieramy na gąbkę lub bezpośrednio na skórę i się myjemy ;-) Pierwsze wrażenia? Wow to musi składać się z samych naturalnych składników, bo się nie pieni! Spojrzałam na skład i slsy ma :-( Dlaczego to się nie pieni? Poza tym nie jest wydajna. Wszystkie recenzje, które do tej pory przeczytałam na jej temat, były bardzo pozytywne. Wszyscy zachwycali się jej wydajnością. Zaczęłam nawet zadawać sobie pytanie, czy ja nie umiem jej używać? ;-) Może nakładam jej za dużo za jednym razem? Ale to się nie w ogóle nie pieni. Po umyciu połowy ciała mam wrażenie, że na gąbce już nic nie ma i trzeba dołożyć nań jeszcze troszeczkę pianki...


Szczerze mówiąc jestem trochę zawiedziona ;) Nie wiem czego oczekiwałam po tym produkcie, ale dowiedziałam się chociaż czego nie oczekiwałam ;-) Na szczęście dobrze myje ;), nie wysusza skóra i nie barwi gąbki ;-) Całe opakowanie jest bardzo lekkie i przyjazne podróżowaniu (zawsze trzeba znaleźć jakieś pozytywy). Dodatkowo po przeczytaniu tejże recenzji a wcześniej po przeczytaniu tytułu pewnie nikt nie będzie chciał wziąć udziału w moim rozdaniu. Od razu kupiłam dwie pianki z myślą o podzieleniu się jedną z Wami. Jeżeli tak jak ja ulegacie modom blogowym albo po prostu pierwszy raz słyszycie o tym produkcie i macie ochotę go potestować, zapraszam do rozdania :-)


A jeszcze zapomniałam dodać, że ktoś miał czelność ukraść jedno z moich zdjęć i zamieścić je jako swoje na Allegro. Niestety myślałam, że po moich prośbach (wysłałam z 20 e-mailu a zgłosiłam aukcję chyba z 1000 razy) Allegro się tym zajęło, niestety okazało się, że mnie olali a aukcja nie jest już aktywna, bo ktoś po prostu kupił ten produkt. Drogi złodzieju, wiem, że to tylko zdjęcie, ale mam nadzieję, że karma do Ciebie wróci;-) A ja zacznę się bawić w znaki wodne. Nie znoszę ich. Nie uważam, że moje zdjęcia są ładne, ale znaki wodne je tak bardzo psują.. Mam nadzieję, że niedługo nauczę się je robić jakoś ładniej :-)

Rozdanie jest międzynarodowe. Należy obserwować bloga przez GFC (ewentualnie Bloglovin lub Instagram). Dodatkowo można polubić fanpage bloga na Facebooku i zadać mi jakieś pytanie. Zwycięzca zostanie ogłoszone w tym poście we wtorek 23.03.2015r. Powodzenia!


a Rafflecopter giveaway

March 7, 2015

Dior Nail Polish in Lady 294

Kilka miesięcy zaczęłam doceniać jasne lakiery, które wyglądają niezwykle elegancko zarówno na długich, jak i na krótkich paznokciach. Jakiś czas temu wśród wiosennych nowości wypatrzyłam właśnie Lady i wiedziałam, że musi być mój.


Lakiery Diora to moje ulubione lakiery z wyższej półki. Nie mam za dużo z takowymi doświadczenia, próbowałam tylko te z Chanel, Burberry i właśnie Diora, ale chociażby z tej trójki Dior jest najlepszy. Bardzo szybko schną, łatwo się nakładają (nie jestem mistrzem malowania paznokci:) i bardzo długo wytrzymują na paznokciach.




Z Lady nie było inaczej. Piękny różowawy nude. Szeroki pędzelek, lakier, który nie jest ani za gęsty, ani za rzadki, do tego piękny połysk i błyskawiczne wysychanie. Wszystkie lakiery Diora (a przynajmniej te które testowałam :-) ładnie wyglądają już po jednej warstwie. Ja nakładam dwie bardzo cienkie (chyba, że się bardzo spieszę), do tego zawsze dodaję na wierzch top coat. Ostatnio gości u mnie Sally Hansen Mega Shine. Po 5 dniach końcówki były wytarte, lakier zmyłam po siedmiu dniach, bo mnie zaczynał nudzić a z jednego paznokcia zaczął odpadać.

Przypomina mi trochę Essie Lady Like (który jest jednym z moich ulubionych lakierów)



Lady zdetronizowała Lady Like, może dlatego, ze Lady Like się już bardzo zgęstniał :-) Teraz zawsze, gdy nie wiem jak pomalować paznokcie, wybieram właśnie ten kolor.

March 5, 2015

Modelujący olejek do ciała Evree*

Kilka tygodni temu trafił do mnie najnowszy produkt Evree - modelujący olejek do ciała do wszystkich rodzajów skóry. Ma on za zadanie redukować cellulit, ujędrniać i wygładzać, modelować i napinać oraz zmniejszać obrzęki.



Zwykłe, odporne na upadki (niestety spadł mi kilka razy;)) plastikowe opakowanie. Niestety nie posiada pompki, ale mimo, że olejek jest rozwodniony, nic się nie wylewa a my nie marnujemy produktu. Produkt zawiera kilka olejków (perilla - przyspiesza produkcję kolagenu, grapefruitowy - redukuje cellulit, makadamia - poprawia sprężystość, migdałowy - głęboko nawilża, winogronowy - działa przeciwobrzękowo). Dodatkowo w składzie możemy znaleźć polyplant seaweed complex (kompleks algowy z listownicy, brunatnic, morszczynu i kowniatka morskiego), który ma za zadanie pobudzać przemianę materii w komórkach, wspomagając likwidację cellulitu oraz usuwać zatrzymaną wodę w organizmie i pieprz cayenne / chili.

Czy działa?:-)

Używam go codziennie od czterech tygodni. Na początku muszę przyznać, że przeraził mnie ten pieprz cayenne w składzie. Mam bardzo niemiłe doświadczenia z rozgrzewającymi balsami z pewnej polskiej firmy ;) Niestety tamten produkt mnie tak podrażnił, że postanowiłam już nigdy nie sięgać po nic takiego, ale ciekawość zwyciężyła. Pierwsze zaskoczenie? Zapach! Nie wiem dlaczego, ale gdy tylko zobaczyłam, że ten olejek ma również usuwać obrzęki, od razu przypomniał mi się słynny olejek Pat&Rub, którego zapachu nie mogę znieść. Evree Super Slim pachnie bardzo przyjemnie. Zapach nie jest przytłaczający, ale delikatnie wyczuwalny na skórze. Nakłada go się bardzo łatwo, nie spływa z ciała. Bardzo delikatnie rozgrzewa skórę. Nie ma w ogóle porównania z inną słynną polską firmą ;) Po kilku minutach to uczucie znika a olejek? Olejek już zdążył się wchłonąć, co jest jego kolejnym plusem. Nie klei się i nie brudzi ubrań. Można go stosować na wilgotną bądź suchą skórę albo dodać kilka kropli do naszego ulubionego balsamu. Ja go używam bez żadnych dodatków na suchą skórę, wykonując przy tym masaż ciała.

Kilka tygodni temu pisałam tutaj o antycellulitowym olejku Alterry. Od razu po skończeniu tegoż zaczęłam używać olejek Super Slim, więc moja skóra była już całkiem wygładzona, nie zaczynałam od zera. Dodatkowo przypomnę, że piję dużo wody, nie solę, regularnie ćwiczę, od 3 lat wykonuję codziennie masaż na sucho szorstką szczotką i zawsze używam jakiegoś balsamu, więc nie mam jakichś wielkich problemów ze skórą.
Po olejku Evree skóra jeszcze bardziej się wygładziła i mam jeszcze wrażenie, że moje blizny bardzo delikatnie się rozjaśniły. Z powodu leków które biorę mam problem z zatrzymywaniem się wody w organizmie i z tym też sobie radzi. Efekt nie jest tak natychmiastowy jak po olejku Pat&Rub, ale za to dłużej się utrzymuje. Niedługo mi się skończy, na pewno kiedyś go ponownie kupię. Teraz mam ochotę na słynny olejek Evree upiększający, który ma przede wszystkim pomóc w redukcji blizn i rozstępów.

Ponownie zapytam, bo od ostatniego razu minęło już trochę czasu :-) macie jakieś ulubione olejki? czy może jesteście wierne balsamom do ciała? Ja coraz bardziej przekonuję się właśnie do tej formy:-)

*ten produkt otrzymałam do przetestowania, jednak nie miało to wpływu na moją recenzję

March 2, 2015

#Zużycia 2 styczeń, luty 2015

Witajcie w marcu:-) Luty był dla mnie całkiem dobry, wpadłam na parę nowych pomysłów, teraz czas powoli wprowadzać je w życie!


Przez ostatnie pięć tygodni, bo właśnie tyle minęło od mojego ostatniego postu ze zużyciami, udało mi się wykończyć kilkanaście produktów :-) Ponownie podzieliłam je na kategorie. Myślę, że tak jest przejrzyściej :-) Zdjęcia są znowu w różnych kolorach, ale mój leciwy aparat powoli zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa. Na szczęście w przypadku zużytych opakowań kolory nie są aż tak istotne, więc myślę, że da się je oglądać :-)

Ciało pielęgnacja



1. Peeling do stóp Fuss Wohl

Bardzo delikatny, zbyt delikatny. Zużyłam go jako peeling do rąk :-) Nie kupię ponownie.

2. Philosophy Cinnamon Buns szampon, żel pod prysznic i płyn do kąpieli

Od kilku miesięcy chciałam wypróbować coś z Philosophy. Z okazji black friday udało mi się upolować ten produkt 40% taniej. Używałam go głównie jako pięknie pachnący żel pod prysznic, ale kilka razy skusiłam się, żeby umyć nim włosy. Szkoda, że później nałożona odżywka niwelowała ten zapach. Cudowny. Czy kupię ponownie? Raczej nie. To niczym nieróżniący się od tańszych odpowiedników żel pod prysznic, po prostu pachnie ładnie;)

3. Dove żel pod prysznic ogórek

W pośpiechu myślałam, że to mój ulubiony pistacjowy żel pod prysznic. W domu okazał się ogórkiem. Nie lubię takich świeżych zapachów, ale sam żel w sobie jest bardzo fajny:)

4. Antycellulitowy olejek do ciała Alterra

Recenzja tutaj. Kupię ponownie.

5. Dove Purely Pampering Shea Butter and warm vanilla olejek do ciała

Recenzja tutaj. Bardzo wydajny! Po jakimś czasie zaczął mi przeszkadzać jego mydlany zapach. Kupię ponownie, ale nie ten zapach.

6. Luksja Blueberry Muffin płyn do kąpieli

Ładnie pachnie i robi dużo piany:))

Farmona wiśniowe szaleństwo olejek do kąpieli

Pachnie obłędnie! Ciężko go się wydobywa, ciężko go się zamyka, brudzi się przy tym cała butelka. Opakowanie może wygląda ciekawie, ale chyba lepiej by się go używało w plastikowej butelce.

Włosy



1. Alterna Caviar Anti-Aging nawilżający szampon i odżywka

Na ten zestaw namówiła mnie Leśne Runo za co Jej bardzo dziękuję:-) Pozostawia po sobie pięknie pachnące, gładkie i lśniące włosy. Szczerze mówiąc najlepiej działają w duecie. Czasami lubię sobie użyć jakąś lepszą odżywkę z drogeryjnym szamponem. Tutaj niestety sama odżywka nie działa tak dobrze. Minusem jest cena w Polsce. Pewnie kiedyś skuszę się na pełnowymiarowe opakowania. W skład tego zestawu wchodzi jeszcze krem CC o którym chyba niedługo coś więcej napiszę, bo to naprawdę świetny produkt:-)

2. John Frieda odżywka dla brunetek

Skusiłam się na 40% promocję w SuperPharm. Bardzo lubię produkty JF a ta odżywka mnie nie zawiodła. Włosy są po niej bardzo gładkie i lśniące. Na pewno do niej wrócę.

3. Garnier odżywka wzmacniające gęste i zachwycające

Miałam szampon z tej serii z którego byłam zadowolona, więc dokupiłam również pasującą do niego odżywkę. Oczywiście włosy nie są po niej bardziej gęste ale jak na odżywkę za parę złotych, byłam bardzo z niej zadowlona.

Twarz pielęgnacja



1. Vichy Capital Soleil 50

Ulubiony. Może nie matuje najlepiej, ale nawilża, nie zostawia białych śladów i nie zapycha porów. Niedługo zmieni się jego nazwa i chyba opakowanie.

2. Murad Rapid Age Spot and Pigment Lightening Serum

Serum rozjaśniające plamy i przebarwienia. Miniaturka starczyła mi na 3 tygodnie. Przebarwień nie ruszyło, ale cała twarz się trochę rozjaśniła. Zaczęło mnie trochę podrażniać, więc do niego nie wrócę.

3. Orientana maska-krem pod oczy na noc z rozmarynem

Bardzo szybko się wchłania, więc używałam jej również na dzień. Faktycznie działa dobrze na opuchnięcia, jednak niestety nie nawilża dostatecznie mojej suchej skóry pod oczami, więc teraz wróciłam do kremu Nuxe, ale latem chyba znowu sięgnę po Orientanę.

4. La Roche Posay Effaclar Duo+

Kolejny ulubieniec. Nadal tęsknię za jego starą wersją, która już pewnie nie wróci;)

5. Żelowe płatki pod oczy Missha

Niestety nie robią niczego z moimi podpuchnięciami. W trakcie aplikacji trochę szczypała mnie skóra, więc miałam nadzieję na podobny efekt jak po GlamGlow, niestety go nie było.

6. Bioderma płyn micelarny dla dzieci

Uwielbiam od 10 lat:)

7. Thayer Rose Petal Witch Hazel różany tonik z aloesem

Całkiem fajny, ale można trochę podrażniać wrażliwszą skórę.

Makijaż i inne


1. Perfumy (woda toaletowa) See By Chloe Fraiche

Niby pachną tak samo jak oryginalne See by Chloe, ale jednak ładniej. Dużo ładniej. Słodziej. Trwałość świetna jak na wodę toaletową. Niestety mam taką dziwną przypadłość, że moja pamięć do zapachów jest zbyt dobra. W trakcie ich noszenia w moim życiu zdarzyło się sporo smutnych rzeczy i teraz za każdym razem, gdy je wącham, wszystkie do mnie wracają. Mam nadzieję, że kiedyś mi przejdzie i będę mogła ponownie po nie sięgnąć.

2. Korektor pod oczy Astor Perfect Stay 24

Używany jako korektor sprawuje się średnio, ale jest baaardzo jasny, więc służył mi do rozjaśniania ciemnych korektorów. Pewnie do niego wrócę, bo jest tani i dobrze się miesza z innymi produktami.

3. YSL Shocking tusz do rzęs

Jedna z moich dwóch ulubionych maskar. Gdyby tusze YSL tak szybko nie zasychały, byłaby idealna. Udało mi się ją kupić taniej, w normalnej cenie pewnie bym już do niej nie wróciła.

4. Chanel Rouge Allure Velvet 42 L-Eclatante

Była bardzo jaskrawa, więc trudno mi się ją nosiło, ale jakoś udało mi się ją zużyć. Delikatnie podsuszała usta, ale bardzo mi się podobała. Limitowana edycja sprzed 2 lat.

5. Chanel cienie do powiek Variaton 37

Moje pierwsze i jak na razie jedyne cienie Chanel. Bardzo je lubiłam, ale 3 z 4 kolorów się skończyły (baaaaardzo wydajne! miałam je 3 lata!) a czwarty zrobił się kredowy. Nie testowałam jeszcze nowej wersji cieni Chanel, bardzo jestem ciekawa ich jakości.

6. Chanel Perfection Lumiere podkład w kolorze 10

Chanel powinien wprowadzić program back to Chanel;). Gdy go kupiłam, był dla mnie za ciemny, jednak latem i wczesną jesienią bardzo często po niego sięgałam. Całkiem przyzwoity podkład. Nie wiem czy do niego wrócę. Pewnie nie, bo lubię testować nowe podkłady :-) Recenzja tutaj.

Miłego marca!

February 28, 2015

Sklep Missha w Poznaniu! Mała fotorelacja i moje zakupy :-)


W końcu prawie dwa tygodnie po otwarciu wybrałam się do Misshy, sklepu z koreańskimi kosmetykami, znanymi przede wszystkim na YouTube. Dotarłam tam krótko po otwarciu, więc miałam cały sklep dla siebie.



Na początku zatrzymałam się przy maseczkach. Nie jestem wielką fanką azjatyckich maseczek, bo te wycięte kształty nigdy mi nie pasują, dodatkowo są dla mnie zbyt mokre ściekają mi po szyi. Niemniej jednak stwierdziłam, że dam im szansę:-) Dla siebie wzięłam dwie maseczki - z kawiorem (ujędrniająca i odżywcza 7,99 zł) i z algami (odżywiająca i rewitalizująca 7,99 zł). Moją uwagę przykuły maseczki ze złotem. Było ich kilka, wybrałam tę z peptydem imitującym strukturę jadu węża;) i 24 złotem, która ma za zadanie ujędrniać i nadawać sprężystość pozbawionej blasku skórze. Tę maseczkę kupiłam dla mamy w cenie 24,60 zł (dam znać jak się sprawuje, gdy mama ją wypróbuje). Najtańsze maseczki były za 7,99 zł, najdroższe około 30 zł. Następnie zauważyłam płatki pod oczy, które mają zmniejszać opuchnięcia i przywracać elastyczność wrażliwej skórze wokół oczu. Cena za 1 komplet 9,84 zł. Były jeszcze maseczki na zaskórniki, które mam zamiar nabyć następnym razem:) Ja wybrałam jeszcze dla siebie małe plasterki na wypryski (12 sztuk za 2,99 zł).


Obok maseczek znajdują się półki z serią Super Aqua (widoczne na pierwszym zdjęciu), następnie mamy serię Near Skin (tutaj przyjrzałam się cenom, np mały krem do twarzy 99 zł, mnie za to zaciekawił tonik za 69 zł, po który może kiedyś wrócę). Dalej coś było, na co nie zwróciłam uwagi;) bo odwróciłam się i zobaczyłam dwie półki kosmetyków kolorowych i przepadłam:))) Lakiery do paznokci (23 zł zwykłe, 26 zł z drobinkami) skradły moje serce! Piękne kolory! Jednak na razie mam bana na lakiery, więc mogłam sobie na nie tylko popatrzeć. Widziałam też cienie do powiek, tusze do rzęs, produkty do ust.. a na końcu bb kremy:-) Na początku chciałam kupić ten dla tłustej skóry, ale występuje tylko w 1 kolorze, który był dla mnie za ciemny. Prawie wszystko było dla mnie za ciemne;). Wybrałam najjaśniejszy krem Missha M Perfect Cover BB Cream SPF 42 PA+++ w kolorze no. 21 (mógłby być jaśniejszy). Testuję go od 2 dni i na razie mogę powiedzieć, że sprawdza się bardzo fajnie. Latem pewnie mi spłynie z twarzy, ale do lata jeszcze sporo czasu:) Krem ten występuje w dwóch pojemnościach, ja kupiłam mniejszą, 20 ml w cenie 28,70 zł (recenzja wkrótce). Bardzo podobały mi się bb kremy w kompakcie, ale kosztowały ponad 100 zł i były dla mnie za ciemne.





Z drugiej strony sklepu znajdowały się produkty dla mężczyzn i pielęgnacja (tańsza:). Gdybym miała nieograniczony budżet, tutaj na pewno bym popłynęła z zakupami:))) Niestety mam wielką słabość do kolorowych opakowań a produkty do kąpieli miały piękne butelki i ładne zapachy! Wrócę po nie:-))) Tutaj zaciekawiły mnie kolorowe buteleczki, które były opisane po koreańsku (jak wszystkie produkty w tym sklepie;) a jedyny angielski napis to shower cologne. Czyżby jakieś mgiełki? Kolejne butelki, które mi się spodobały okazały się być maskami w sprayu (?!). Po angielsku wrapping coat spray mask - intensywnie nawilżająca maska w spray z ekstraktem aloesu, która odbudowuje hydralipidową barierę chroniącą skórę przed odwodnieniem. Po raz pierwszy spotkałam się z takim produktem, więc wiedziałam, że muszę go wypróbować, choć cena do tego nie zachęcała (43,50). Spośród dwóch (miód i aloes) wybrałam drugą wersję, bo miodu nie znoszę:) Dam Wam znać jak się sprawuje!

Oglądałam jeszcze kremy do rąk, kupiłam ten najmniejszy. Występował w 4?5? zapachach, ja wybrałam cytrynowy. 27 ml za 16,30 zł może nie zachęca, ale ja uwielbiam takie małe kremy do torebki.

Na tym zakończyłam swoje zakupy, bo dosyć mocno przekroczyłam swój limit (miałam pojechać tylko pooglądać a nie kupować;)), ale zrobiłam jeszcze zdjęcie filtrom, bo chyba ktoś o to pytał (?). Były dostępne tylko 4 do ciała w cenie 67,50 (?) za 50 ml, jeden z nich był wodoodporny. Obok jest jeszcze widoczne jakieś serum? maska? do rąk, która mnie też zaciekawiła (widać również miniaturki shower cologne;) dopiero teraz zauważyłam, że miniaturki miały polskie naklejki, niestety nie widać na zdjęciu co to takiego, więc chyba będę musiała pojechać tam jeszcze raz, żeby zaspokoić swoją ciekawość:)))


Przyznam szczerze, że trochę zwlekałam z wizytą w tym sklepie, bo naczytałam się trochę negatywnych komentarzy, a ja po prostu nie znoszę niekompetentnej obsługi. Bardzo miło się zaskoczyłam - pani, która mnie obsługiwała była bardzo miła i odpowiadała na moje wnikliwe pytania, miała również pojęcie o asortymencie. Dopiero po zapłaceniu za zakupy powiedziałam, że jestem blogerką i zapytałam, czy mogłabym zrobić zdjęcia. Zdjęcia jak widać są;) Do zakupu zostały dołączone jeszcze próbki, które już rozdałam :) Można je zobaczyć na moim Instagramie (http://www.instagram.com/wadeashore/)


Na fanpage'u Misshy czytałam, że w tym roku ma zostać otwarty kolejny sklep w Warszawie. Podejrzewam, że będą się takie pojawiać w innych miastach:) Produkty Misshy można kupić także na ich stronie internetowej http://www.missha.com.pl, ceny w sklepie są identyczne :-)

February 26, 2015

Historia mojego trądziku, aktualna pielęgnacja, mini recenzje i relacja z dermokonsultacji u Kosmostolog

Hej :-)

Ten post będzie długi, dlatego zachęcam do zrobienia sobie kubka herbaty i zapraszam do lektury:)

Z trądzikiem walczę od kilkunastu lat. Już pod koniec szkoły podstawowej całe czoło miałam w wypryskach. W gimnazjum zaczęłam z nimi, jak myślałam, prawdziwą walkę. Byłam nawet u dermatologa, który powiedział mi, że mam za słaby trądzik na antybiotyki. Oczywiście dla mnie moje czoło wyglądało strasznie, do tego wszędzie zaskórniki, więc zaczęłam katować moją skórę wszystkim, co było dostępne w marketach. Produkty te były przeważnie na bazie kwasu salicylowego (dopiero niedawno dowiedziałam się, że mnie bardzo podrażnia). Twarz miałam spaloną i bardzo wysuszoną. Chyba nie muszę dodawać, że moim ulubionym zajęciem było wyciskanie wszystkiego. Moje próby zakończyły się fiaskiem a w pamiątce pozostały mi rozszerzony pory, naczynka i blizny.

Gdy miałam 15 lat odkryłam kosmetyki Biodermy. Miałam strasznie zaognione policzki po jakimś żrącym toniku;) i potrzebowałam natychmiastowej pomocy. W aptece w Starym Browarze (czy któraś z Poznanianek pamięta jeszcze aptekę w 'starej części'?) polecono mi płyn micelarny tejże firmy. Płyn kupiłam, pamiętam, że kosztował prawie 80 zł, dla mnie, będącej wtedy uczennicą gimnazjum, było to strasznie dużo, ale jakoś udało mi się na niego uzbierać. Wtedy także polecono mi krem Biodermy, po który wróciłam w czasie mojej kolejnej wizyty. Okazało się, że mój trądzik nie był taki koszmarny, jak myślałam. Oczywiście cały czas miewałam wypryski, ale już nie w takim stopniu.


Jakieś dwa lata temu zauważyłam, że z mojego czoło zaczyna znikać trądzik. Oczywiście bardzo mnie to ucieszyło. Stwierdziłam, że to najwyższy czas, w końcu nie jestem już nastolatką, więc chyba nareszcie będę mogła nacieszyć się czystą skórą. Niestety nie miałam pojęcia, że trądzik przeistoczył się z młodzieńczego na ten wieku dorosłego. Tym razem wypryski zaczęły się pojawiać na policzkach i brodzie. Czoło było w miarę gładkie. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć wszystkie blizny. Nie wyglądało to za dobrze.

Na policzkach najbardziej denerwowały mnie dziwne grudki. Nie miałam pojęcia co to jest, ale wiedziałam, że nie chcą zejść. Próbowałam wszystkiego, łącznie niestety z wyciskaniem. Rano budziłam się z wielką bolącą gulą w tym miejscu, która zostawia koszmarne przebarwienia. Kiedyś przypadkiem znalazłam blog Kosmostolog, Poznanianki, która z wykształcenia jest kosmetologiem, pracuje w różnych aptekach i przeprowadza konsultacje. Wtedy mieszkałam za granicą, więc na takowe się nie udałam, ale przyznam się, że spędziłam kilkanaście nocy na wnikliwym czytaniu wszystkich jej postów, nawet tych dotyczących suchej skóry. Pisze bardzo przejrzyście, wszystko dokładnie tłumaczy i odpowiada na komentarze. Dzięki niej w końcu miałam potwierdzenie, że istnieje coś takiego jak skóra trądzikowa z naczynkami (pozdrowienia, a może nawet nie;) dla wszystkich pań z Sephor i Douglasów w Poznaniu, które się cały czas kłócą, że takich skór nie ma). Wgłębiając się w poszczególne posty, ułożyłam sobie pielęgnację, dzięki której moja skóra wygląda tak jak teraz (zdjęcia w poprzednim poście), jednak te grudki nie zginęły. Wiedziałam, że potrzebuję czegoś mocniejszego. Najpierw spróbowałam kwasu glikolowego, który mnie podrażnił. Potem salicylowy. Podrażnił. Kosmostolog polecała płyn z kwasem migdałowym, pobiegłam po niego do apteki, płyn mnie podrażnił. Czy ja wspomniałam, że od dziecka choruję na atopowe zapalenie skóry? Chyba nie, a to jest dosyć istotne:) Większość kosmetyków mnie podrażnia. W końcu zrezygnowana po raz kolejny przejrzałam rozpiskę konsultacji u Angeliki, napisałam maila i stawiłam się na konsultacji (wszystkie są darmowe!).

(zdjęcie z poprzedniego postu bez makijażu. Widać na nim przebarwienia i zaskórniki zamknięte)


Angielika okazała się być przemiłą osobą, która bardzo szczegółowo odpowiadała na moje wszystkie pytania (niektóre pewnie były głupie). Potwierdziło się, że moja skóra jest tłusta (kilka lat temu myślałam, że jest mieszana), bardzo wrażliwa i bardzo płytko unaczyniona. Do tego trądzikowa. Z pozytywnych rzeczy dowiedziałam się, że jest dosyć dobrze nawilżona (osoby z trądzikową skórą mają tendencję do jej przesuszania - jak np ja jeszcze kilka lat temu;). Jeszcze muszę wspomnieć, że kiedyś ją nadmiernie wysuszałam, potem za mocno nawilżałam, przez co zapychałam pory:)

Dokładnie omówiłyśmy moją pielęgnację, okazało się, że robię wszystko prawidłowo (oczywiście wszystko dzięki blogowi Kosmostolog!:)). Grudki okazały się zaskórnikami zamkniętymi (sama bym na to nie wpadła), które faktycznie trzeba by potraktować czymś mocniejszym. Niestety ze względu na to, że moja skóra jest z naczynkami i jeszcze dodatkowo bardzo, bardzo wrażliwa, nie było to łatwe. Angelika poleciła mi profesjonalny peeling firmy Iwostin, który zawiera ten nieszczęsny kwas migdałowy, ale w bardzo małym stężeniu, dodatkowo ma w sobie kwas laktobionowy i hydroksykwasy, które nasilają działanie kwasu migdałowego a dodatkowo utrzymują nawilżenie. Doszłyśmy do wniosku, że ten produkt będę stosować trochę inaczej niż zaleca to producent, żeby za bardzo nie podrażnić mojej skóry. Mam nadzieję, że to pomoże mi pozbyć się tych grudek (zaskórników zamkniętych) i będę mogła w końcu cieszyć się ładną skórą:)

Aktualna pielęgnacja

Korzystając z okazji postanowiłam nie rozdzielać tych postów, ale złożyć wszystko w jedno i właśnie tutaj przedstawić moją aktualną pielęgnację. Wszystkie kosmetyki dobierane są metodą prób i błędów, jak na razie mi pasują:-)

Dla przypomnienia dla osób, które już zapomniały, albo dla tych, którym nie chciało się czytać całości (wcale Was nie winię, dużo tekstu, mało ładnych zdjęć:-)), moja cera jest:

- bardzo tłusta
- z trądzikiem wieku dorosłego (jak to brzmi!)
- bardzo płytko unaczyniona
- bardzo bardzo wrażliwa
- skłonna do podrażnień
- z atopowym zapalenie skóry
- zaczynają na niej pojawiać się pierwsze zmarszczki
- aktualnie trądzik jest trzymany w ryzach, ale mam sporo blizn, przebarwień, rozszerzone pory, zaskórniki otwarte i zamknięte

Zacznę od wieczoru.



Przemywam twarz płynem micelarnym Biodermy (razem od 10 lat:)), następnie zmywam makijaż balsamem do demakijażu The Body Shop (lepszy niż Clinique, który nie radzi sobie z tuszem do rzęs), zmywam go używając ściereczki Emmy Hardie (są one dwustronne, jednak ja używam tej delikatniejszej, bo ta druga mnie jest dla mnie za ostra. Wiem, że sporo osób używa jej zamiast peelingu). Trzecie oczyszczanie wykonuję żelem firmy First Aid Beauty (to pierwszy tego typu produkt, który mnie nie podrażnia), potem znowu przemywam twarz płynem micelarnym, tym razem dokładniej (za pierwszym razem ją tylko przemywam), potem przy pomocy toniku (aktualnie używam różanego toniku z aloesem, jest on bezalkoholowy, ale gdy mam bardzo zaognione naczynka, trochę je podrażnia) przywracam skórze jej naturalne PH, następnie spryskuję twarz wodą termalną (Uriage, bo nie trzeba jej wycierać, jednakże nie jestem jej wielką fanką. Nie radzi sobie z kojeniem podrażnionej skóry, tutaj lepiej sprawdzała się woda termalna Vichy, która usuwała ściągnięcie skóry i ją nawilżała). Na tak przygotowaną skórę nakładam krem La Roche Posay Effalcar Duo+, pod oczy krem z Nuxe i idę spać;-)

Gdy tego dnia nakładam maseczkę, zmywanie makijażu kończy się na użyciu balsamu do demakijażu, później nakładam maseczkę i wykonuję resztę pielęgnacji.

Maseczki:

Maseczek mam sporo. Aktualnie nie mam żadnej nawilżajacej, bo mi się wszystkie skończyły.

Organique Ghassoul Clay Mask

Fajnie ściąga zaczerwienienia, oczyszcza skórę, jednak nie ściąga wszystkich suchych skórek. Ciężko mi ją zużyć, bo nie lubię się brudzić;) Raczej do niej nie wrócę.

Ren 1 Minute Facial

Kocham. Recenzja tutaj

Ren Glycolactic Skin Renewal Peel Mask

W końcu udało mi się dorwać jej próbkę;) Bardzo dziwnie pachnie, jest pomarańczowa i ma kleistą konsystencję. Używałam jej już kilka razu, ale mnie nie powaliła. Stężenie kwasu glikolowego ma dosyć małe, więc mnie nie podrażnia, ale raczej do niej nie wrócę, wolę 1 Minute Facial.

GlamGlow czarna

Pisałam o niej wiele razy. Love/hate relationship. Jest beznadziejna, ale świetnie usuwa zaskórniki z nosa.

Boscia Luminazing Black Mask

Kupiłam ją, bo myślałam, że zastąpi mi GlamGlow. Niestety Boscia tak dobrze nie radzi sobie z zaskórnikami, ale mogę ją stosować na całą twarz, bo mnie nie podrażnia. Bardzo dobrze oczyszcza skórę, ale trzeba ją dosyć długo trzymać (około 30 minut). Maseczka zastyga, przez co trudno się mówi i je (:D). Peel off, jednak szybciej można ją zmyć na przykład zmoczoną ściereczką.

Inne:



Peeling Clinique 7 day scrub cream

Gdy moja skóra jest w złym stanie i żadna z powyższych maseczek nie radzi sobie z suchymi skórkami, sięgam po ten peeling. Jest on przeznaczony do codziennego użytku, czyli jest dosyć delikatny. Strefę T trę mocno;), policzki bardzo delikatnie. Nie podrażnia, nie wysusza skóry. Nie przepadam za produktami Clinique, ale ten peeling jest świetny. Dodatkowo bardzo wydajny. Dostałam tę próbkę kilka miesięcy temu, użyłam go już z 15 razy i nadal się nie skończył.

Walka z AZS

Z powodu stresu, zjedzenia czegoś z barwnikami a czasami też bez powodu;) na moim ciele, również na mojej twarzy pojawiają się zmiany AZS. W ostatnim czasie aplikuję na nie krem emolium i First Aid Beauty Ultra Repair Cream. Ostatnio uczulił mnie krem pod oczy, stosowałam je zamiennie, bardzo doobrze odnowiły, odżywiły i przede wszystkim nawilżyły moją skórę.

Rolka z The Body Shop

Bardzo pomocna w aplikacji kremów i olejków.

Nawilżenie:

Gdy moja skóra potrzebuje nawilżenia aplikuję na noc olejek Marula, który się u mnie nie wchłania, dziwnie pachnie, ale nie zapycha i bardzo dobrze nawilża.


Dwa razy w tygodniu (chociaż chyba zacznę trzy razy) używam wyżej wspomnianego peelingu z firmy Iwostin. Producent zaleca nakładanie go codziennie przez okres 3-4 tygodni a potem dla utrwalenia efektu 1-2 razy w tygodniu pod krem. Ja ze względu na wrażliwość mojej skóry stosuję go rzadziej, aczkolwiek nie stosuję już na niego żadnego produktu (zalecenia Kosmostolog). Na razie mogę powiedzieć, że skóra jest po nim bardzo wygładzona i rozjaśniona. Policzki po aplikacji są zaróżowione, ale nie pieką. Dam znać jak się sprawuje za kilka tygodni.

Rano:


Rano myję twarz żelem First Aid Beauty, następnie przemywam ją płynem micelarnym i tonikiem (produkty z wieczora), potem woda termalna... Następnie w zależności od stanu skóry nakładam albo krem nawilżający (aktualnie używam Pharmaceris do skóry naczynkowej. Jest dosyć lekki, koi zaczerwienienia, jednak nie jest na tyle lekki, żeby pozostawać obojętnych dla tłustej skóry - podkład się na nim nie roluje, ale będzie się szybciej świecił) i na niego krem z filtrem Vichy dla skóry tłustej (od zawsze tylko ten:) nie uważam, że zimą należy stosować filtr 50, jednak ja jeszcze zużywam zapasy z lata:-) UWAGA! Vichy znowu zmienia nazwę i opakowanie (tu nie jestem pewna) tego kremu z filtrem), miejmy nadzieję, że nie zmieni składu! Gdy moja skóra nie jest ściągnięta, nakładam sam krem z filtrem Vichy i na to makijaż. Pod oczy stosuję krem Benefit Puff Off (nie mam jeszcze o nim zdania. Próbkę dostałam w zeszłym tygodniu). Czasami nakładam jeszcze na rozszerzone pory Bioderma Sebium Pore Refiner. Działa on inaczej niż baza z Benefitu, która je wypełnia, ten krem je po prostu delikatnie ściąga, do tego matuje skórę, jednak może ją wysuszyć. Używam go, gdy sobie o nim przypomnę;)

Proste, prawda?:-))
Pielęgnacja wieczorna zajmuje mi (bez maseczek) 10 minut, poranna 3?




February 24, 2015

Pupa Ultraflex, Lancome Hypnose Drama, Benefit Roller Lash - porównanie

Kilka miesięcy temu zamieściłam tutaj post z porównaniem trzech maskar, których wtedy używałam. Od tego czasu zdążyłam już przejść do kolejnej trójki, którą pokażę Wam w dzisiejszym poście.


Dla przypomnienia: moje rzęsy są dość długie (dla mnie krótkie;), bardzo cienkie, ale delikatnie podkręcone. Zalotkę używam tylko wtedy, gdy śpię na brzuchu, wtedy budzę się z powyginanymi rzęsami:). Od tuszu do rzęs oczekuję maksymalnego pogrubienia i wydłużenia (podkręcenie już mam:). Najlepiej by było, gdyby się jeszcze nie osypywał i nie odbijał pod brwiami.

Zdjęcia robione bez żadnego makijażu, oprócz tuszu. Wszystkie są w różnych kolorach, bo nie były robione tego samego dnia:)



Pupa Ultraflex Mascara Ultra Incurvante (64 zł, w promocji 29,90)



Tusz pogrubiająco-wydłużający, który kupiłam pod wpływem chwili w Rossmannie, gdzie uległam promocji. Zwykła silikonowa szczoteczka, która się zgina. Nie lubię takich, ale ta nie jest zbyt kłopotliwa w użyciu. Kupiłam go w cenie 29,90O. Otworzyłam go dwa miesiące temu i przepadłam. Może nie pogrubia moich rzęs tak jak mój ulubiony YSL Shocking albo Chanel Le Volume, ale zważając na jego cenę, jestem bardzo zadowolona. Bardzo delikatnie odbija się pod brwiami, wydłuża i pogrubia moje delikatne rzęsy. Nie podrażnia moich bardzo wrażliwych oczu i łatwo go się zmywa. Nie zauważyłam żadnego osypywania. Można nakładać kilka warstw, ale trzeba wiedzieć kiedy skończyć;) Po dodaniu szóstej warstwy zaczyna sklejać rzęsy.

Lancome Hypnose Drama (159 zł, ja dostałam darmową miniaturkę)



Nie lubię maskar Lancome. W ogóle nie lubię firmy Lancome. Miniaturkę tego tuszu dostałam przy okazji jakichś zakupów. Otworzyłam go 3 miesiące temu, jak wszystkie tusze Lancome był dla mnie za mokry, więc zostawiłam go, żeby trochę podeschnął. Uwielbiam takie szczotki. Im większa, tym lepsza. Tutaj jak zawsze efekt mnie nie powalił, bardzo się kruszy, robią się grudki. Jedynym jego plusem jest dość przyjemny zapach. Skleja rzęsy. Tusz już powędrował do mojej mamy:)

Benefit Roller Lash (wkrótce w sprzedaży, 129?139zł?)



Najnowszy produkt Benefitu. Nie lubię ich tuszów do rzęs, kupiłam dwa poprzednie i bardzo się zawiodłam. Najnowszego tuszu nie planowałam kupić, ale koleżanka mieszkająca w Londynie zaoferowała przesłanie mi jego darmowej miniaturki (można go było dostać w zeszłym miesiącu wraz z magazynem Elle), na co oczywiście przystałam i tak oto stałam się jego posiadaczką.
Wygięta sylikonowa szczoteczka, którą można zginać. Jak wyżej wspomniałam, nie lubię takich, ale ta również nie 'rusza się' za mocno przy aplikacji. Efekt może nie powala, ale muszę przyznać, że (przynajmniej w moim odczuciu) to najlepszy tusz z tej firmy. Rzęsy są bardzo wydłużone. Nałożyłam tutaj jakieś 6 warstw, żeby sprawdzić, czy kiedyś w końcu sklei rzęsy. Nie skleił. Delikatnie się odbija pod brwiami, nie osypuje się. Nie kupię pełnowymiarowego opakowania, ale cieszę się, że mogłam go przetestować.


Z powyższych ponownie kupię być może tusz Pupy, reszta nie wywarła na mnie wrażenia. Niecierpliwie czekam na nowy tusz Maybelline, nie mogę się doczekać, kiedy w końcu go wypróbuję!
Macie swoje ulubione tusze?

od góry: bez tuszu, Pupa, Lancome, Benefit



Nieśmiało chciałabym Was poinformować, że wczoraj aktywowałam stary fanpgage mojego bloga, który powstał prawie 3 lata temu. Klik.