March 2, 2015

#Zużycia 2 styczeń, luty 2015

Witajcie w marcu:-) Luty był dla mnie całkiem dobry, wpadłam na parę nowych pomysłów, teraz czas powoli wprowadzać je w życie!


Przez ostatnie pięć tygodni, bo właśnie tyle minęło od mojego ostatniego postu ze zużyciami, udało mi się wykończyć kilkanaście produktów :-) Ponownie podzieliłam je na kategorie. Myślę, że tak jest przejrzyściej :-) Zdjęcia są znowu w różnych kolorach, ale mój leciwy aparat powoli zaczyna odmawiać mi posłuszeństwa. Na szczęście w przypadku zużytych opakowań kolory nie są aż tak istotne, więc myślę, że da się je oglądać :-)

Ciało pielęgnacja



1. Peeling do stóp Fuss Wohl

Bardzo delikatny, zbyt delikatny. Zużyłam go jako peeling do rąk :-) Nie kupię ponownie.

2. Philosophy Cinnamon Buns szampon, żel pod prysznic i płyn do kąpieli

Od kilku miesięcy chciałam wypróbować coś z Philosophy. Z okazji black friday udało mi się upolować ten produkt 40% taniej. Używałam go głównie jako pięknie pachnący żel pod prysznic, ale kilka razy skusiłam się, żeby umyć nim włosy. Szkoda, że później nałożona odżywka niwelowała ten zapach. Cudowny. Czy kupię ponownie? Raczej nie. To niczym nieróżniący się od tańszych odpowiedników żel pod prysznic, po prostu pachnie ładnie;)

3. Dove żel pod prysznic ogórek

W pośpiechu myślałam, że to mój ulubiony pistacjowy żel pod prysznic. W domu okazał się ogórkiem. Nie lubię takich świeżych zapachów, ale sam żel w sobie jest bardzo fajny:)

4. Antycellulitowy olejek do ciała Alterra

Recenzja tutaj. Kupię ponownie.

5. Dove Purely Pampering Shea Butter and warm vanilla olejek do ciała

Recenzja tutaj. Bardzo wydajny! Po jakimś czasie zaczął mi przeszkadzać jego mydlany zapach. Kupię ponownie, ale nie ten zapach.

6. Luksja Blueberry Muffin płyn do kąpieli

Ładnie pachnie i robi dużo piany:))

Farmona wiśniowe szaleństwo olejek do kąpieli

Pachnie obłędnie! Ciężko go się wydobywa, ciężko go się zamyka, brudzi się przy tym cała butelka. Opakowanie może wygląda ciekawie, ale chyba lepiej by się go używało w plastikowej butelce.

Włosy



1. Alterna Caviar Anti-Aging nawilżający szampon i odżywka

Na ten zestaw namówiła mnie Leśne Runo za co Jej bardzo dziękuję:-) Pozostawia po sobie pięknie pachnące, gładkie i lśniące włosy. Szczerze mówiąc najlepiej działają w duecie. Czasami lubię sobie użyć jakąś lepszą odżywkę z drogeryjnym szamponem. Tutaj niestety sama odżywka nie działa tak dobrze. Minusem jest cena w Polsce. Pewnie kiedyś skuszę się na pełnowymiarowe opakowania. W skład tego zestawu wchodzi jeszcze krem CC o którym chyba niedługo coś więcej napiszę, bo to naprawdę świetny produkt:-)

2. John Frieda odżywka dla brunetek

Skusiłam się na 40% promocję w SuperPharm. Bardzo lubię produkty JF a ta odżywka mnie nie zawiodła. Włosy są po niej bardzo gładkie i lśniące. Na pewno do niej wrócę.

3. Garnier odżywka wzmacniające gęste i zachwycające

Miałam szampon z tej serii z którego byłam zadowolona, więc dokupiłam również pasującą do niego odżywkę. Oczywiście włosy nie są po niej bardziej gęste ale jak na odżywkę za parę złotych, byłam bardzo z niej zadowlona.

Twarz pielęgnacja



1. Vichy Capital Soleil 50

Ulubiony. Może nie matuje najlepiej, ale nawilża, nie zostawia białych śladów i nie zapycha porów. Niedługo zmieni się jego nazwa i chyba opakowanie.

2. Murad Rapid Age Spot and Pigment Lightening Serum

Serum rozjaśniające plamy i przebarwienia. Miniaturka starczyła mi na 3 tygodnie. Przebarwień nie ruszyło, ale cała twarz się trochę rozjaśniła. Zaczęło mnie trochę podrażniać, więc do niego nie wrócę.

3. Orientana maska-krem pod oczy na noc z rozmarynem

Bardzo szybko się wchłania, więc używałam jej również na dzień. Faktycznie działa dobrze na opuchnięcia, jednak niestety nie nawilża dostatecznie mojej suchej skóry pod oczami, więc teraz wróciłam do kremu Nuxe, ale latem chyba znowu sięgnę po Orientanę.

4. La Roche Posay Effaclar Duo+

Kolejny ulubieniec. Nadal tęsknię za jego starą wersją, która już pewnie nie wróci;)

5. Żelowe płatki pod oczy Missha

Niestety nie robią niczego z moimi podpuchnięciami. W trakcie aplikacji trochę szczypała mnie skóra, więc miałam nadzieję na podobny efekt jak po GlamGlow, niestety go nie było.

6. Bioderma płyn micelarny dla dzieci

Uwielbiam od 10 lat:)

7. Thayer Rose Petal Witch Hazel różany tonik z aloesem

Całkiem fajny, ale można trochę podrażniać wrażliwszą skórę.

Makijaż i inne


1. Perfumy (woda toaletowa) See By Chloe Fraiche

Niby pachną tak samo jak oryginalne See by Chloe, ale jednak ładniej. Dużo ładniej. Słodziej. Trwałość świetna jak na wodę toaletową. Niestety mam taką dziwną przypadłość, że moja pamięć do zapachów jest zbyt dobra. W trakcie ich noszenia w moim życiu zdarzyło się sporo smutnych rzeczy i teraz za każdym razem, gdy je wącham, wszystkie do mnie wracają. Mam nadzieję, że kiedyś mi przejdzie i będę mogła ponownie po nie sięgnąć.

2. Korektor pod oczy Astor Perfect Stay 24

Używany jako korektor sprawuje się średnio, ale jest baaardzo jasny, więc służył mi do rozjaśniania ciemnych korektorów. Pewnie do niego wrócę, bo jest tani i dobrze się miesza z innymi produktami.

3. YSL Shocking tusz do rzęs

Jedna z moich dwóch ulubionych maskar. Gdyby tusze YSL tak szybko nie zasychały, byłaby idealna. Udało mi się ją kupić taniej, w normalnej cenie pewnie bym już do niej nie wróciła.

4. Chanel Rouge Allure Velvet 42 L-Eclatante

Była bardzo jaskrawa, więc trudno mi się ją nosiło, ale jakoś udało mi się ją zużyć. Delikatnie podsuszała usta, ale bardzo mi się podobała. Limitowana edycja sprzed 2 lat.

5. Chanel cienie do powiek Variaton 37

Moje pierwsze i jak na razie jedyne cienie Chanel. Bardzo je lubiłam, ale 3 z 4 kolorów się skończyły (baaaaardzo wydajne! miałam je 3 lata!) a czwarty zrobił się kredowy. Nie testowałam jeszcze nowej wersji cieni Chanel, bardzo jestem ciekawa ich jakości.

6. Chanel Perfection Lumiere podkład w kolorze 10

Chanel powinien wprowadzić program back to Chanel;). Gdy go kupiłam, był dla mnie za ciemny, jednak latem i wczesną jesienią bardzo często po niego sięgałam. Całkiem przyzwoity podkład. Nie wiem czy do niego wrócę. Pewnie nie, bo lubię testować nowe podkłady :-) Recenzja tutaj.

Miłego marca!

February 28, 2015

Sklep Missha w Poznaniu! Mała fotorelacja i moje zakupy :-)


W końcu prawie dwa tygodnie po otwarciu wybrałam się do Misshy, sklepu z koreańskimi kosmetykami, znanymi przede wszystkim na YouTube. Dotarłam tam krótko po otwarciu, więc miałam cały sklep dla siebie.



Na początku zatrzymałam się przy maseczkach. Nie jestem wielką fanką azjatyckich maseczek, bo te wycięte kształty nigdy mi nie pasują, dodatkowo są dla mnie zbyt mokre ściekają mi po szyi. Niemniej jednak stwierdziłam, że dam im szansę:-) Dla siebie wzięłam dwie maseczki - z kawiorem (ujędrniająca i odżywcza 7,99 zł) i z algami (odżywiająca i rewitalizująca 7,99 zł). Moją uwagę przykuły maseczki ze złotem. Było ich kilka, wybrałam tę z peptydem imitującym strukturę jadu węża;) i 24 złotem, która ma za zadanie ujędrniać i nadawać sprężystość pozbawionej blasku skórze. Tę maseczkę kupiłam dla mamy w cenie 24,60 zł (dam znać jak się sprawuje, gdy mama ją wypróbuje). Najtańsze maseczki były za 7,99 zł, najdroższe około 30 zł. Następnie zauważyłam płatki pod oczy, które mają zmniejszać opuchnięcia i przywracać elastyczność wrażliwej skórze wokół oczu. Cena za 1 komplet 9,84 zł. Były jeszcze maseczki na zaskórniki, które mam zamiar nabyć następnym razem:) Ja wybrałam jeszcze dla siebie małe plasterki na wypryski (12 sztuk za 2,99 zł).


Obok maseczek znajdują się półki z serią Super Aqua (widoczne na pierwszym zdjęciu), następnie mamy serię Near Skin (tutaj przyjrzałam się cenom, np mały krem do twarzy 99 zł, mnie za to zaciekawił tonik za 69 zł, po który może kiedyś wrócę). Dalej coś było, na co nie zwróciłam uwagi;) bo odwróciłam się i zobaczyłam dwie półki kosmetyków kolorowych i przepadłam:))) Lakiery do paznokci (23 zł zwykłe, 26 zł z drobinkami) skradły moje serce! Piękne kolory! Jednak na razie mam bana na lakiery, więc mogłam sobie na nie tylko popatrzeć. Widziałam też cienie do powiek, tusze do rzęs, produkty do ust.. a na końcu bb kremy:-) Na początku chciałam kupić ten dla tłustej skóry, ale występuje tylko w 1 kolorze, który był dla mnie za ciemny. Prawie wszystko było dla mnie za ciemne;). Wybrałam najjaśniejszy krem Missha M Perfect Cover BB Cream SPF 42 PA+++ w kolorze no. 21 (mógłby być jaśniejszy). Testuję go od 2 dni i na razie mogę powiedzieć, że sprawdza się bardzo fajnie. Latem pewnie mi spłynie z twarzy, ale do lata jeszcze sporo czasu:) Krem ten występuje w dwóch pojemnościach, ja kupiłam mniejszą, 20 ml w cenie 28,70 zł (recenzja wkrótce). Bardzo podobały mi się bb kremy w kompakcie, ale kosztowały ponad 100 zł i były dla mnie za ciemne.





Z drugiej strony sklepu znajdowały się produkty dla mężczyzn i pielęgnacja (tańsza:). Gdybym miała nieograniczony budżet, tutaj na pewno bym popłynęła z zakupami:))) Niestety mam wielką słabość do kolorowych opakowań a produkty do kąpieli miały piękne butelki i ładne zapachy! Wrócę po nie:-))) Tutaj zaciekawiły mnie kolorowe buteleczki, które były opisane po koreańsku (jak wszystkie produkty w tym sklepie;) a jedyny angielski napis to shower cologne. Czyżby jakieś mgiełki? Kolejne butelki, które mi się spodobały okazały się być maskami w sprayu (?!). Po angielsku wrapping coat spray mask - intensywnie nawilżająca maska w spray z ekstraktem aloesu, która odbudowuje hydralipidową barierę chroniącą skórę przed odwodnieniem. Po raz pierwszy spotkałam się z takim produktem, więc wiedziałam, że muszę go wypróbować, choć cena do tego nie zachęcała (43,50). Spośród dwóch (miód i aloes) wybrałam drugą wersję, bo miodu nie znoszę:) Dam Wam znać jak się sprawuje!

Oglądałam jeszcze kremy do rąk, kupiłam ten najmniejszy. Występował w 4?5? zapachach, ja wybrałam cytrynowy. 27 ml za 16,30 zł może nie zachęca, ale ja uwielbiam takie małe kremy do torebki.

Na tym zakończyłam swoje zakupy, bo dosyć mocno przekroczyłam swój limit (miałam pojechać tylko pooglądać a nie kupować;)), ale zrobiłam jeszcze zdjęcie filtrom, bo chyba ktoś o to pytał (?). Były dostępne tylko 4 do ciała w cenie 67,50 (?) za 50 ml, jeden z nich był wodoodporny. Obok jest jeszcze widoczne jakieś serum? maska? do rąk, która mnie też zaciekawiła (widać również miniaturki shower cologne;) dopiero teraz zauważyłam, że miniaturki miały polskie naklejki, niestety nie widać na zdjęciu co to takiego, więc chyba będę musiała pojechać tam jeszcze raz, żeby zaspokoić swoją ciekawość:)))


Przyznam szczerze, że trochę zwlekałam z wizytą w tym sklepie, bo naczytałam się trochę negatywnych komentarzy, a ja po prostu nie znoszę niekompetentnej obsługi. Bardzo miło się zaskoczyłam - pani, która mnie obsługiwała była bardzo miła i odpowiadała na moje wnikliwe pytania, miała również pojęcie o asortymencie. Dopiero po zapłaceniu za zakupy powiedziałam, że jestem blogerką i zapytałam, czy mogłabym zrobić zdjęcia. Zdjęcia jak widać są;) Do zakupu zostały dołączone jeszcze próbki, które już rozdałam :) Można je zobaczyć na moim Instagramie (http://www.instagram.com/wadeashore/)


Na fanpage'u Misshy czytałam, że w tym roku ma zostać otwarty kolejny sklep w Warszawie. Podejrzewam, że będą się takie pojawiać w innych miastach:) Produkty Misshy można kupić także na ich stronie internetowej http://www.missha.com.pl, ceny w sklepie są identyczne :-)

February 26, 2015

Historia mojego trądziku, aktualna pielęgnacja, mini recenzje i relacja z dermokonsultacji u Kosmostolog

Hej :-)

Ten post będzie długi, dlatego zachęcam do zrobienia sobie kubka herbaty i zapraszam do lektury:)

Z trądzikiem walczę od kilkunastu lat. Już pod koniec szkoły podstawowej całe czoło miałam w wypryskach. W gimnazjum zaczęłam z nimi, jak myślałam, prawdziwą walkę. Byłam nawet u dermatologa, który powiedział mi, że mam za słaby trądzik na antybiotyki. Oczywiście dla mnie moje czoło wyglądało strasznie, do tego wszędzie zaskórniki, więc zaczęłam katować moją skórę wszystkim, co było dostępne w marketach. Produkty te były przeważnie na bazie kwasu salicylowego (dopiero niedawno dowiedziałam się, że mnie bardzo podrażnia). Twarz miałam spaloną i bardzo wysuszoną. Chyba nie muszę dodawać, że moim ulubionym zajęciem było wyciskanie wszystkiego. Moje próby zakończyły się fiaskiem a w pamiątce pozostały mi rozszerzony pory, naczynka i blizny.

Gdy miałam 15 lat odkryłam kosmetyki Biodermy. Miałam strasznie zaognione policzki po jakimś żrącym toniku;) i potrzebowałam natychmiastowej pomocy. W aptece w Starym Browarze (czy któraś z Poznanianek pamięta jeszcze aptekę w 'starej części'?) polecono mi płyn micelarny tejże firmy. Płyn kupiłam, pamiętam, że kosztował prawie 80 zł, dla mnie, będącej wtedy uczennicą gimnazjum, było to strasznie dużo, ale jakoś udało mi się na niego uzbierać. Wtedy także polecono mi krem Biodermy, po który wróciłam w czasie mojej kolejnej wizyty. Okazało się, że mój trądzik nie był taki koszmarny, jak myślałam. Oczywiście cały czas miewałam wypryski, ale już nie w takim stopniu.


Jakieś dwa lata temu zauważyłam, że z mojego czoło zaczyna znikać trądzik. Oczywiście bardzo mnie to ucieszyło. Stwierdziłam, że to najwyższy czas, w końcu nie jestem już nastolatką, więc chyba nareszcie będę mogła nacieszyć się czystą skórą. Niestety nie miałam pojęcia, że trądzik przeistoczył się z młodzieńczego na ten wieku dorosłego. Tym razem wypryski zaczęły się pojawiać na policzkach i brodzie. Czoło było w miarę gładkie. Po raz pierwszy miałam okazję zobaczyć wszystkie blizny. Nie wyglądało to za dobrze.

Na policzkach najbardziej denerwowały mnie dziwne grudki. Nie miałam pojęcia co to jest, ale wiedziałam, że nie chcą zejść. Próbowałam wszystkiego, łącznie niestety z wyciskaniem. Rano budziłam się z wielką bolącą gulą w tym miejscu, która zostawia koszmarne przebarwienia. Kiedyś przypadkiem znalazłam blog Kosmostolog, Poznanianki, która z wykształcenia jest kosmetologiem, pracuje w różnych aptekach i przeprowadza konsultacje. Wtedy mieszkałam za granicą, więc na takowe się nie udałam, ale przyznam się, że spędziłam kilkanaście nocy na wnikliwym czytaniu wszystkich jej postów, nawet tych dotyczących suchej skóry. Pisze bardzo przejrzyście, wszystko dokładnie tłumaczy i odpowiada na komentarze. Dzięki niej w końcu miałam potwierdzenie, że istnieje coś takiego jak skóra trądzikowa z naczynkami (pozdrowienia, a może nawet nie;) dla wszystkich pań z Sephor i Douglasów w Poznaniu, które się cały czas kłócą, że takich skór nie ma). Wgłębiając się w poszczególne posty, ułożyłam sobie pielęgnację, dzięki której moja skóra wygląda tak jak teraz (zdjęcia w poprzednim poście), jednak te grudki nie zginęły. Wiedziałam, że potrzebuję czegoś mocniejszego. Najpierw spróbowałam kwasu glikolowego, który mnie podrażnił. Potem salicylowy. Podrażnił. Kosmostolog polecała płyn z kwasem migdałowym, pobiegłam po niego do apteki, płyn mnie podrażnił. Czy ja wspomniałam, że od dziecka choruję na atopowe zapalenie skóry? Chyba nie, a to jest dosyć istotne:) Większość kosmetyków mnie podrażnia. W końcu zrezygnowana po raz kolejny przejrzałam rozpiskę konsultacji u Angeliki, napisałam maila i stawiłam się na konsultacji (wszystkie są darmowe!).

(zdjęcie z poprzedniego postu bez makijażu. Widać na nim przebarwienia i zaskórniki zamknięte)


Angielika okazała się być przemiłą osobą, która bardzo szczegółowo odpowiadała na moje wszystkie pytania (niektóre pewnie były głupie). Potwierdziło się, że moja skóra jest tłusta (kilka lat temu myślałam, że jest mieszana), bardzo wrażliwa i bardzo płytko unaczyniona. Do tego trądzikowa. Z pozytywnych rzeczy dowiedziałam się, że jest dosyć dobrze nawilżona (osoby z trądzikową skórą mają tendencję do jej przesuszania - jak np ja jeszcze kilka lat temu;). Jeszcze muszę wspomnieć, że kiedyś ją nadmiernie wysuszałam, potem za mocno nawilżałam, przez co zapychałam pory:)

Dokładnie omówiłyśmy moją pielęgnację, okazało się, że robię wszystko prawidłowo (oczywiście wszystko dzięki blogowi Kosmostolog!:)). Grudki okazały się zaskórnikami zamkniętymi (sama bym na to nie wpadła), które faktycznie trzeba by potraktować czymś mocniejszym. Niestety ze względu na to, że moja skóra jest z naczynkami i jeszcze dodatkowo bardzo, bardzo wrażliwa, nie było to łatwe. Angelika poleciła mi profesjonalny peeling firmy Iwostin, który zawiera ten nieszczęsny kwas migdałowy, ale w bardzo małym stężeniu, dodatkowo ma w sobie kwas laktobionowy i hydroksykwasy, które nasilają działanie kwasu migdałowego a dodatkowo utrzymują nawilżenie. Doszłyśmy do wniosku, że ten produkt będę stosować trochę inaczej niż zaleca to producent, żeby za bardzo nie podrażnić mojej skóry. Mam nadzieję, że to pomoże mi pozbyć się tych grudek (zaskórników zamkniętych) i będę mogła w końcu cieszyć się ładną skórą:)

Aktualna pielęgnacja

Korzystając z okazji postanowiłam nie rozdzielać tych postów, ale złożyć wszystko w jedno i właśnie tutaj przedstawić moją aktualną pielęgnację. Wszystkie kosmetyki dobierane są metodą prób i błędów, jak na razie mi pasują:-)

Dla przypomnienia dla osób, które już zapomniały, albo dla tych, którym nie chciało się czytać całości (wcale Was nie winię, dużo tekstu, mało ładnych zdjęć:-)), moja cera jest:

- bardzo tłusta
- z trądzikiem wieku dorosłego (jak to brzmi!)
- bardzo płytko unaczyniona
- bardzo bardzo wrażliwa
- skłonna do podrażnień
- z atopowym zapalenie skóry
- zaczynają na niej pojawiać się pierwsze zmarszczki
- aktualnie trądzik jest trzymany w ryzach, ale mam sporo blizn, przebarwień, rozszerzone pory, zaskórniki otwarte i zamknięte

Zacznę od wieczoru.



Przemywam twarz płynem micelarnym Biodermy (razem od 10 lat:)), następnie zmywam makijaż balsamem do demakijażu The Body Shop (lepszy niż Clinique, który nie radzi sobie z tuszem do rzęs), zmywam go używając ściereczki Emmy Hardie (są one dwustronne, jednak ja używam tej delikatniejszej, bo ta druga mnie jest dla mnie za ostra. Wiem, że sporo osób używa jej zamiast peelingu). Trzecie oczyszczanie wykonuję żelem firmy First Aid Beauty (to pierwszy tego typu produkt, który mnie nie podrażnia), potem znowu przemywam twarz płynem micelarnym, tym razem dokładniej (za pierwszym razem ją tylko przemywam), potem przy pomocy toniku (aktualnie używam różanego toniku z aloesem, jest on bezalkoholowy, ale gdy mam bardzo zaognione naczynka, trochę je podrażnia) przywracam skórze jej naturalne PH, następnie spryskuję twarz wodą termalną (Uriage, bo nie trzeba jej wycierać, jednakże nie jestem jej wielką fanką. Nie radzi sobie z kojeniem podrażnionej skóry, tutaj lepiej sprawdzała się woda termalna Vichy, która usuwała ściągnięcie skóry i ją nawilżała). Na tak przygotowaną skórę nakładam krem La Roche Posay Effalcar Duo+, pod oczy krem z Nuxe i idę spać;-)

Gdy tego dnia nakładam maseczkę, zmywanie makijażu kończy się na użyciu balsamu do demakijażu, później nakładam maseczkę i wykonuję resztę pielęgnacji.

Maseczki:

Maseczek mam sporo. Aktualnie nie mam żadnej nawilżajacej, bo mi się wszystkie skończyły.

Organique Ghassoul Clay Mask

Fajnie ściąga zaczerwienienia, oczyszcza skórę, jednak nie ściąga wszystkich suchych skórek. Ciężko mi ją zużyć, bo nie lubię się brudzić;) Raczej do niej nie wrócę.

Ren 1 Minute Facial

Kocham. Recenzja tutaj

Ren Glycolactic Skin Renewal Peel Mask

W końcu udało mi się dorwać jej próbkę;) Bardzo dziwnie pachnie, jest pomarańczowa i ma kleistą konsystencję. Używałam jej już kilka razu, ale mnie nie powaliła. Stężenie kwasu glikolowego ma dosyć małe, więc mnie nie podrażnia, ale raczej do niej nie wrócę, wolę 1 Minute Facial.

GlamGlow czarna

Pisałam o niej wiele razy. Love/hate relationship. Jest beznadziejna, ale świetnie usuwa zaskórniki z nosa.

Boscia Luminazing Black Mask

Kupiłam ją, bo myślałam, że zastąpi mi GlamGlow. Niestety Boscia tak dobrze nie radzi sobie z zaskórnikami, ale mogę ją stosować na całą twarz, bo mnie nie podrażnia. Bardzo dobrze oczyszcza skórę, ale trzeba ją dosyć długo trzymać (około 30 minut). Maseczka zastyga, przez co trudno się mówi i je (:D). Peel off, jednak szybciej można ją zmyć na przykład zmoczoną ściereczką.

Inne:



Peeling Clinique 7 day scrub cream

Gdy moja skóra jest w złym stanie i żadna z powyższych maseczek nie radzi sobie z suchymi skórkami, sięgam po ten peeling. Jest on przeznaczony do codziennego użytku, czyli jest dosyć delikatny. Strefę T trę mocno;), policzki bardzo delikatnie. Nie podrażnia, nie wysusza skóry. Nie przepadam za produktami Clinique, ale ten peeling jest świetny. Dodatkowo bardzo wydajny. Dostałam tę próbkę kilka miesięcy temu, użyłam go już z 15 razy i nadal się nie skończył.

Walka z AZS

Z powodu stresu, zjedzenia czegoś z barwnikami a czasami też bez powodu;) na moim ciele, również na mojej twarzy pojawiają się zmiany AZS. W ostatnim czasie aplikuję na nie krem emolium i First Aid Beauty Ultra Repair Cream. Ostatnio uczulił mnie krem pod oczy, stosowałam je zamiennie, bardzo doobrze odnowiły, odżywiły i przede wszystkim nawilżyły moją skórę.

Rolka z The Body Shop

Bardzo pomocna w aplikacji kremów i olejków.

Nawilżenie:

Gdy moja skóra potrzebuje nawilżenia aplikuję na noc olejek Marula, który się u mnie nie wchłania, dziwnie pachnie, ale nie zapycha i bardzo dobrze nawilża.


Dwa razy w tygodniu (chociaż chyba zacznę trzy razy) używam wyżej wspomnianego peelingu z firmy Iwostin. Producent zaleca nakładanie go codziennie przez okres 3-4 tygodni a potem dla utrwalenia efektu 1-2 razy w tygodniu pod krem. Ja ze względu na wrażliwość mojej skóry stosuję go rzadziej, aczkolwiek nie stosuję już na niego żadnego produktu (zalecenia Kosmostolog). Na razie mogę powiedzieć, że skóra jest po nim bardzo wygładzona i rozjaśniona. Policzki po aplikacji są zaróżowione, ale nie pieką. Dam znać jak się sprawuje za kilka tygodni.

Rano:


Rano myję twarz żelem First Aid Beauty, następnie przemywam ją płynem micelarnym i tonikiem (produkty z wieczora), potem woda termalna... Następnie w zależności od stanu skóry nakładam albo krem nawilżający (aktualnie używam Pharmaceris do skóry naczynkowej. Jest dosyć lekki, koi zaczerwienienia, jednak nie jest na tyle lekki, żeby pozostawać obojętnych dla tłustej skóry - podkład się na nim nie roluje, ale będzie się szybciej świecił) i na niego krem z filtrem Vichy dla skóry tłustej (od zawsze tylko ten:) nie uważam, że zimą należy stosować filtr 50, jednak ja jeszcze zużywam zapasy z lata:-) UWAGA! Vichy znowu zmienia nazwę i opakowanie (tu nie jestem pewna) tego kremu z filtrem), miejmy nadzieję, że nie zmieni składu! Gdy moja skóra nie jest ściągnięta, nakładam sam krem z filtrem Vichy i na to makijaż. Pod oczy stosuję krem Benefit Puff Off (nie mam jeszcze o nim zdania. Próbkę dostałam w zeszłym tygodniu). Czasami nakładam jeszcze na rozszerzone pory Bioderma Sebium Pore Refiner. Działa on inaczej niż baza z Benefitu, która je wypełnia, ten krem je po prostu delikatnie ściąga, do tego matuje skórę, jednak może ją wysuszyć. Używam go, gdy sobie o nim przypomnę;)

Proste, prawda?:-))
Pielęgnacja wieczorna zajmuje mi (bez maseczek) 10 minut, poranna 3?




February 24, 2015

Pupa Ultraflex, Lancome Hypnose Drama, Benefit Roller Lash - porównanie

Kilka miesięcy temu zamieściłam tutaj post z porównaniem trzech maskar, których wtedy używałam. Od tego czasu zdążyłam już przejść do kolejnej trójki, którą pokażę Wam w dzisiejszym poście.


Dla przypomnienia: moje rzęsy są dość długie (dla mnie krótkie;), bardzo cienkie, ale delikatnie podkręcone. Zalotkę używam tylko wtedy, gdy śpię na brzuchu, wtedy budzę się z powyginanymi rzęsami:). Od tuszu do rzęs oczekuję maksymalnego pogrubienia i wydłużenia (podkręcenie już mam:). Najlepiej by było, gdyby się jeszcze nie osypywał i nie odbijał pod brwiami.

Zdjęcia robione bez żadnego makijażu, oprócz tuszu. Wszystkie są w różnych kolorach, bo nie były robione tego samego dnia:)



Pupa Ultraflex Mascara Ultra Incurvante (64 zł, w promocji 29,90)



Tusz pogrubiająco-wydłużający, który kupiłam pod wpływem chwili w Rossmannie, gdzie uległam promocji. Zwykła silikonowa szczoteczka, która się zgina. Nie lubię takich, ale ta nie jest zbyt kłopotliwa w użyciu. Kupiłam go w cenie 29,90O. Otworzyłam go dwa miesiące temu i przepadłam. Może nie pogrubia moich rzęs tak jak mój ulubiony YSL Shocking albo Chanel Le Volume, ale zważając na jego cenę, jestem bardzo zadowolona. Bardzo delikatnie odbija się pod brwiami, wydłuża i pogrubia moje delikatne rzęsy. Nie podrażnia moich bardzo wrażliwych oczu i łatwo go się zmywa. Nie zauważyłam żadnego osypywania. Można nakładać kilka warstw, ale trzeba wiedzieć kiedy skończyć;) Po dodaniu szóstej warstwy zaczyna sklejać rzęsy.

Lancome Hypnose Drama (159 zł, ja dostałam darmową miniaturkę)



Nie lubię maskar Lancome. W ogóle nie lubię firmy Lancome. Miniaturkę tego tuszu dostałam przy okazji jakichś zakupów. Otworzyłam go 3 miesiące temu, jak wszystkie tusze Lancome był dla mnie za mokry, więc zostawiłam go, żeby trochę podeschnął. Uwielbiam takie szczotki. Im większa, tym lepsza. Tutaj jak zawsze efekt mnie nie powalił, bardzo się kruszy, robią się grudki. Jedynym jego plusem jest dość przyjemny zapach. Skleja rzęsy. Tusz już powędrował do mojej mamy:)

Benefit Roller Lash (wkrótce w sprzedaży, 129?139zł?)



Najnowszy produkt Benefitu. Nie lubię ich tuszów do rzęs, kupiłam dwa poprzednie i bardzo się zawiodłam. Najnowszego tuszu nie planowałam kupić, ale koleżanka mieszkająca w Londynie zaoferowała przesłanie mi jego darmowej miniaturki (można go było dostać w zeszłym miesiącu wraz z magazynem Elle), na co oczywiście przystałam i tak oto stałam się jego posiadaczką.
Wygięta sylikonowa szczoteczka, którą można zginać. Jak wyżej wspomniałam, nie lubię takich, ale ta również nie 'rusza się' za mocno przy aplikacji. Efekt może nie powala, ale muszę przyznać, że (przynajmniej w moim odczuciu) to najlepszy tusz z tej firmy. Rzęsy są bardzo wydłużone. Nałożyłam tutaj jakieś 6 warstw, żeby sprawdzić, czy kiedyś w końcu sklei rzęsy. Nie skleił. Delikatnie się odbija pod brwiami, nie osypuje się. Nie kupię pełnowymiarowego opakowania, ale cieszę się, że mogłam go przetestować.


Z powyższych ponownie kupię być może tusz Pupy, reszta nie wywarła na mnie wrażenia. Niecierpliwie czekam na nowy tusz Maybelline, nie mogę się doczekać, kiedy w końcu go wypróbuję!
Macie swoje ulubione tusze?

od góry: bez tuszu, Pupa, Lancome, Benefit



Nieśmiało chciałabym Was poinformować, że wczoraj aktywowałam stary fanpgage mojego bloga, który powstał prawie 3 lata temu. Klik.

February 21, 2015

Guerlain Meteorites Compact 2 Clair/Light


Dzisiaj będzie o produkcie, który gości na mojej twarzy nieprzerwanie od 32 dni. O produkcie, o którym marzyłam od ośmiu lat. Najpierw nie było mnie na niego stać, później stwierdziłam, że nie jest mi potrzebny, następnie wszyscy mówili mi, że na pewno się u mnie nie sprawdzi ze względu na moją tłustą skórę. Recenzja będzie długa:) Nikt ze znanych mi osób nie posiada słynnych meteorytów Guerlain, a te w Sephorze i Douglasie mnie odpychają, bo wszyscy wkładają tam brudne palce (łącznie ze mną) i nie wyobrażam sobie, żeby nałożyć je na swoją twarz.

Kilka lat temu zachorowałam na prasowaną wersję tychże magicznych kulek, ale tutaj cena mnie skutecznie odrzuciła. 500 zł za puder, który może się u mnie nie sprawdzić? W końcu kilka miesięcy temu dotarłam do informacji prasowych, które potwierdziły, że w wiosennej kolekcji pojawią się tańsze meteoryty prasowane, więc ich dzielnie wypatrywałam. W końcu gdy doczekałam się ich premiery w Sephorze, od razu je zakupiłam, tym samym mogąc skreślić jedno marzenie z listy;)



Plastikowe opakowanie, dla mnie przede wszystkim lekkie, dla innych tandetne. W środku znajdziemy okrojoną ilość meteorytów - tylko 10g, w przypadku kulek jest ich aż 25g, są one także tańsze o 10 zł (239zł, prasowane 249zł). Kolory są takie same jak w przypadku tradycyjnej wersji - 02 clair (dlaczego Guerlain najjaśniejszy kolor oznacza 2?), 03 medium i 04 dore. Często dostaję pytania czy te odcienie naprawdę są identyczne. Tak, to jest ten sam produkt tylko w innej, przyjaźniejszej podróżowaniu (i osobom, którym wszystko wypada z rąk;) wersji. W skład pudru wchodzi pięć kolorów - matowe mają za zadanie poprawić koloryt cery a te ze zmielonym brokatem dodają lekkiego rozświetlenia.


A teraz chyba najważniejsze, czyli jak wyglądają na mojej tłustej (mam już potwierdzenie, że moja skóra jest naprawdę tłusta, nie mieszana;) skórze? Zacznijmy od przypomnienia mojego zamiłowania do matu. Od prawie 10 lat używam pudrów matujących. Wcześniej fundowałam sobie na twarzy tępy mat (do tego kilka tonów za ciemny;), później stopniowo zaczęłam go zmniejszać, jednak nadal mat pozostawał matem. Moje wielkie czoło, brzydkie policzki, wszystko wydawało się płaskie. Właśnie wtedy, gdy zdałam sobie z tego sprawę, zaczęłam używać różu, trochę później dołożyłam do kompletu konturowanie i minimalną ilość rozświetlacza. Mimo, że mój ostatni ulubieniec, puder Charlotte Tilbury (klik) nie nadaje tępego matu, jednocześnie dodaje trochę rozświetlania, nadal mi czegoś brakowało. Odpowiedzią okazały się właśnie słynne meteoryty. Nałożone na puder, jako ostatni etap makijażu, dodają mojej twarzy kształtu. Szczególnie widać to na moim wielkim czole, które przestaje być takie płaskie. Efekt ten widoczny jest tylko w świetle dziennym. Tak bardzo mi się spodobał, że od chwili zakupu codziennie go na siebie aplikuję, a w dni, gdy nie noszę makijażu, od niechcenia oprószam nim całą twarz, co czyni moje zaczerwienienia mniej widocznymi, a cała twarz jest bardziej rozświetlona.



Meteoryty nie są produktem matującym, jednak nałożone na sam podkład (bez pudru) dosyć dobrze go utrwalają. Ja wolę nałożyć najpierw puder, a potem meteoryty, bo tak po prostu wszystko wytrzymuje dłużej.

Meteoryty nie powodują większego świecenia się. Moja skóra jest bardzo tłusta, nie zauważyłam żadnej różnicy w trakcie ich noszenia. Skóra zaczyna się świecić dokładnie po tym samym czasie nieważne czy z meteorytami, czy bez:) Nie świeci się też mocniej.

Wady: po kilkunastu godzinach noszenia makijaż powoli zaczyna znikać z mojej twarzy, pozostaje natomiast bardzo mocno zmielony, ale zauważalny brokat. Widać go w sztucznym świetle. Nie świecę się jak choinka, ale brokat jest;)


Na twarzy:

bez żadnego podkładu:

przed i po (starałam się zrobić zdjęcie dokładnie w tym samym miejscu, niestety trochę zajęło mi znalezienie mojego pędzla przez co zmieniło się światło, ale chociaż trochę widać, że zaczerwienienia zostały ukryte


słynny krem bb Dr G.

przed i po (sam bb krem z pudrem Charlotte Tilbury, bez korektora, bez reszty makijażu, przez co brwi są takie nijakie:) widać, że meteoryty dodały trochę chłodu do podkładu)


bonus:)

dlatego nie lubię bb kremów:D 10 min po nałożeniu. uwierzcie mi, że na zdjęciu nie widać dokładnie jak bardzo ściemniał i jak bardzo się odcina od reszty skóry


Czy jest to absolutnie niezbędny kosmetyk? Pewnie nie:) Na zdjęciach nie widać prawie żadnej różnicy, ta jest dopiero zauważalna w naturalnym świetle, ale tego niestety nie mam jak pokazać:) Ja jestem zadowolona z zakupu:)

February 18, 2015

NARS Audacious Lipstick in Vera

Pamiętacie słynną szminkę NARS Audacious w kolorze Anna (klik), którą się zachwycałam kilka miesięcy temu? Już wtedy wiedziałam, że na pewno nie będzie ona ostatnim produktem do ust z tej linii. Na Gwiazdkę sama sobie sprawiłam prezent w postaci tejże szminki w kolorze Vera.


Vera jest całkowitym przeciwieństwem Anny, która była w moim odczuciu prawie nude;) (moje usta są dosyć ciemne, więc u mnie nude zaczyna się już od mauve). Z opakowania (które jest czarne z magnetycznym zamknięciem) wyłania nam się soczysta malina. Uwielbiam maliny w każdej postaci. Na ustach chyba najbardziej :-)Aż z ciekawości sprawdziłam co NARS ma do powiedzenia o tym kolorze. Został on opisany jako bright raspberry, czyli się nie pomyliłam:) Kolor niby banalny, jednak na tyle niepowtarzalny, że ku mojej radości (to oznacza, że nadal mogę kupować nowe szminki:D), nie znalazłam niczego podobnego w mojej kolekcji. Nie jest on jednak jedyny w swoim rodzaju, na pewno istnieją jego tańsze, pewnie równie zachwycające odpowiedniki.


Podobnie jak Anna, Vera również ma satynowe wykończenie. Prawie mat, który aż tak bardzo nie wysusza ust. Dla mnie ideał:-) Bardzo dobrze się ją rozprowadza, jednak w przypadku Anny można było pominąć konturówkę, tutaj bym tego nie radziła, bo po kilku godzinach delikatnie zaczyna 'się ruszać'. Zwykła przezroczysta konturówka (moja jest z Sephory, kosztowała około 20 zł i jest bardzo wydajna) temu zapobiega. Na ustach utrzymuje się do 4 godzin, zostawiając po sobie bardzo delikatny kolor. Bardzo delikatnie też je podsusza, moje usta są baaaardzo wrażliwe, po jej użyciu nie zamieniają się w suchy wiór, nie ma uczucia tarki i nawet wielkiej potrzeby nałożenia balsamu.


Na razie zachwycam się Anna i Verą. Nie wiem czy kupię kolejne kolory, bo kuszą mnie jeszcze inne szminki:)

Musicie mi uwierzyć na słowo, że to moje usta są krzywe, a nie aplikacja :-) Nie lubię sobie ich dorysowywać, bo to wygląda trochę nienaturalnie, szczególnie przy ciemniejszych kolorach szminek.


This is English content

February 11, 2015

Alterra antycellulitowy olejek do ciała brzoza i pomarańcza

Ostatnio bardzo polubiłam olejki do ciała, dlatego nie mogłam sobie odmówić przetestowania słynnego olejku Alterra, który dostępny jest w sieci Rossmann. Wybrałam wersję antycellulitową, gdyż ta była na promocji :-) Opakowanie jest szklane z pompką (wreszcie ktoś pomyślał o pompce!) co bardzo się sprawdza. To mój pierwszy olejek z pompką, wreszcie mogę kontrolować dozowanie produktu:) Jak dla mnie pachnie cytrynami, ale równie dobrze mogą to być i pomarańcze. W składzie oprócz nich możemy znaleźć także naturalny olej z limonki, olej z pestek moreli, oliwa z oliwek, olej z jojoby i olej z miąższu owoców rokitnika a wszystko to znajdziemy zamknięte w 100 ml olejku, który powinien być nakładany dwa razy dziennie na wilgotną skórę, co jest z pewnego względu niewykonalne (przynajmniej u mnie). Olejek jest wegański a wszystkie jego składniki wg producenta pochodzą z ekologicznych upraw.


Olejek rozsmarowuje się bardzo dobrze. Nie jest ani za gęsty, ani też za płynny, przez co nie spływa z ciała. Bardzo przyjemnie pachnie. Brawo za pompkę! Muszę się przyznać, że czasami zapominam, że należy nakładać go na mokrą skórę, ale nie zauważyłam żadnej różnicy w aplikacji, czy też jego wchłanianiu w przypadku skóry już wytartej. Efekty? Na początku używałam go co któryś dzień, w pozostałe dni stosowałam różne balsamy. Nie zauważyłam jakichś szczególnych efektów, więc postanowiłam używać go raz dziennie. Efekt jest! Skóra jest bardzo nawilżona, odżywiona, jędrna i... delikatnie wygładzona! Oczywiście piję dużo wody, ograniczam sól w diecie, ruszam się, więc to nie jest efekt samego olejku, ale na pewno się do tego przyczynił. Wady? Bardzo długo się wchłania. Bardzo. Może dlatego, że moja skóra nie jest sucha? Zajmuje to około godzinę, co wieczorem mi nie przeszkadza, ale rano jest nie do przyjęcia. Stąd aplikuję go tylko raz dziennie:) Wydajny on też nie jest. Chociaż to kwestia gustu, starczy na jakieś kilkanaście aplikacji, niektórym to nie przeszkadza, dla innych jest to niedopuszczalne.

Stosowałyście ten olejek? Ja na pewno kiedyś do niego wrócę, na pewno nie latem;) bo będzie się wchłaniał dwie godziny. Teraz mam na chciejliście trzy inne olejki, więc po skończeniu tego zabieram się za ich testowanie:)

February 7, 2015

Essie Cashmere Matte Just Stitched & Comfy In Cashmere


Nie jestem fanką matowych paznokci, miałam kilka takich lakierów, ale wszystkie poszły w świat/do kosza, bo nie wyglądały za ładnie na moich szerokich płytkach. Wiosenna kolekcja Essie jest bardzo moja, podobają mi się prawie wszystkie kolory, więc zakupiłam dwa lakiery - Just Stitched (różowy z niebieską poświatą) i Comfy in Cashmere (taupe? beżowy? z niebieską poświatą). Co je wyróżnia spośród innych matowych lakierów? Te posiadają bardzo małe drobinki, które odbijają światło, dzięki czemu ten mat nie jest taki płaski, daje efekt kaszmiru. Jeszcze zanim do mnie dotarły, wiedziałam, że będę je nosić z jakimś nabłyszczającym top coatem, jednak przez kilka dni testowałam je bez lakieru nawierzchniowego (Essie chwali się, że lakiery z tej kolekcji takowego nie potrzebuję, bo są same w sobie matowe i się długo utrzymują na paznokciach;)) i dzisiaj wreszcie postanowiłam je zrecenzować. Od razu przeproszę Was też za moje brzydkie paznokcie i odstające skórki. Już jakiś czas temu postanowiłam, że nie będę ich wycinać, a po prostu odsuwać. Skórki miałam tragiczne, teraz są już w dużo lepszym stanie, ale długa droga przed nimi:)

Essie Cashmere Matte Just Stitched


Jeszcze kilka lat temu na pewno nie spojrzałabym na ten kolor. Jak widać, gusta się zmieniają, a ja już od ponad roku powoli wracam do jasnych paznokci. Just Stitched to pudrowy róż z delikatnymi niebieskimi drobinkami. To nie są najłatwiejsze lakiery do malowania, ale wierzcie mi, bywają gorsze;) Trochę się smużą, zresztą tak jak wszystkie lakiery Essie 'na białej bazie'. Moją niewprawną ręką nie miałam jakichś większych kłopotów z aplikacją. Jedyne o czym trzeba pamiętać to fakt, że one bardzo szybko wysychają. Momentalnie. Natychmiast. Dlatego ruchy pędzelka (cienki wersja amerykańska drogeryjna, polska profesjonalna) powinny być raczej płynne. Osobiście uważam, że z top coatem (Sally Hansen Mega Shine) wygląda jeszcze ładniej.


z top coatem


Essie Cashmere Matte Comfy In Cashmere



Mój ulubieniec. Nadal uwielbiam beże, mimo, że czasami moje palce wyglądają przy nich na sine:) Posiada on fioletowawe drobinki. Aplikacja identyczna jak w przypadku Just Stitched - problematyczna, ale do przyjęcia. Trochę przypomina mi lakier Dior Spring.


z top coatem


Trwałość

To chyba najważniejsze:) Bez top coatu, ale z lakierem bazowym, pierwsze odpryski pojawiły się po 24 godzinach. Kolejne pojawiały się co kilka godzin, po 3 dniach je zmyłam, bo już nie mogłam na nie patrzeć. Z lakierem nawierzchniowym (Sally Hansen Mega Shine) wytrzymują bez problemu 5 dni, wtedy zaczynają mi przeszkadzać starte końcówki.

Jestem z nich bardzo zadowolona, średnia trwałość bez top coatu absolutnie mi nie przeszkadza, bo i tak w macie;) ich nie noszę. Dla fanek tego efektu radziłabym jednak sięgnąć po top coat matowy. Dobrze się zmywają, nie barwią paznokci (z reguły najpierw aplikuję lakier bazowy Seche Vite, jednak pierwszy test odbył się bez tego produktu).